Anime, których (prawdopodobnie) nigdy nie obejrzę ponownie

Dziś krótkie i subiektywne rozważania będące niejako kontynuacją toku myślenia jaki prezentowałem w notce dwa lata temu. Na wstępie wspomnę, że dość rzadko urządzam sobie powtórki z obejrzanych anime bo nawet maratonowanie kilkunastu (nie mówiąc już o 20+ czy 50) odcinków mimo wszystko zajmuje sporo czasu, który można spożytkować na obejrzenie czegoś nowego. Czasem spoglądam jednak na swoją listę na MAL i myślę sobie: „o, to było fajne i w sumie chętnie obejrzę to znowu”. Dwa lata temu pisałem o pięciu seriach, których jednak absolutnie nie chcę rewatchować bo jestem przekonany, że nie będą mi się podobać tak bardzo jak wtedy (a może nawet uznam je za słabiznę). Dziś o kilku seriach, które ciągle darzę pewnym sentymentem, ale trochę boję się je odświeżać bo obawiam się, że wtedy cała magia wspomnień pryśnie i z konsternacją pomyślę, że kiedyś musiałem być okropnie naiwny zachwycając się danym tytułem. Dziś żyję sobie w takim fajnym zawieszeniu, karmiąc się wyidealizowanymi wspomnieniami, a od wszystkiego co ma związek z poniższymi trzema tytułami trzymam się z daleka :)

Higurashi no Naku Koro Ni

higurashi 1

Higurashi to też jedna z tych visual novel, które zawędrowały na zachód za sprawą boomu na japońszczyznę na steamie.

Ta seria jest w pewien sposób kultowa i do dziś regularnie przewija się w różnego typu artykułach-polecajkach wymieniających anime, które mają być czymś zgoła innym niż cukierkową komedią, mają być „mroczne” i „poważne”. Nie jestem pewien co do tej mroczności bo we wszelkich fandomach to chyba słowo mające najbardziej szeroką definicję (czasem stwierdzam nawet, że to co dla jednego jest „grimdark” dla drugiego może być „grimderp), ale przyznaję, że Higurashi miało sprytnie pomyślany scenariusz. To właśnie tą oryginalną konstrukcję (no dobra, może w roku 2016 już nie tak oryginalną) chcę zapamiętać jako siłę napędową Higurashi i pozostawić to w strefie fajnych wspomnień. Boję się trochę, że dziś zwróciłbym za dużą uwagę na okropną grafikę, a wiele scen wydałoby mi się tak przesadzonych, że wywracałbym oczami.

Shakugan no Shana

shana 1

Najgorsze jest chyba to, że kiedyś uważałem Kugimiyę Rie i jej role płaskich tsundere za szczyt geniuszu.

„Shana clone” to z grubsza adaptacja serii light novel, w której zwyczajny współczesny nastolatek z miasta X spotyka niezwykłą tsundere dziewczynę i okazuje się, że świat kryje jakieś niezwykłe sekrety i konspiracje, a sam zwyczajny chłopak jest tak naprawdę nadzwyczajny. Oczywiście przy tym wszystkim są elementy haremowe, fanserwis i wszystkie klisze znane z anime szkolnych. Podobnych anime było i będzie multum, ale akurat Shana była prawdopodobnie pierwszą pozycją, która zdobyła taką popularność. Shanę oglądałem będąc jeszcze w liceum i naprawdę przez długie lata uważałem, że wszystkie serie supernatural z kolejnych lat nie umywają się niej. Otwarcie jednak przyznam, że dziś mam tak skrzywione podejście do każdej adaptacji light novel (to nie moja wina, to rynek pełen crapu mnie do tego zmusił!), że uprzedzenia prawdopodobnie przerzuciłyby się też na Shanę, której pierwszy sezon widziałem chyba 3 razy, za każdym razem z wypiekami na twarzy. Jestem niestety tak przewrażliwiony na tym punkcie, że całkiem odpuściłem sobie wszelkie plany obejrzenia trzeciego sezonu, w którym to rzekomo wszystko się wyjaśnia i cała historia znajduje swojego zakończenie – wymagałoby to przypomnienia sobie wpierw dwóch pierwszych sezonów, a to mógłbym przypłacić zdrowiem psychicznym i zrujnowaniem sobie dzieciństwa.

Claymore

claymore 1

Tego patentu na dobywanie dwuręcznego miecza nigdy do końca nie rozumiałem, ale to w końcu fantasy.

Chlubny przykład anime fantasy, w którym świat jest stylizowany na średniowieczną Europę, już tłumaczę dlaczego. Japończycy mają taką dziwną przypadłość, że nawet w światach stylizowanych na Europę umieszczają typowo japońskie elementy w rodzaju samurajów czy mnichów ninja, katana okazuje się najlepszym mieczem na świecie, a styl walki przypominający sportowe kendo pozwala jednemu szermierzowi pokonać całą armię. Nie mam nic do katany czy do kendo, ale czasem te wstawki pasują jak pięść do nosa i zwyczajnie psują całą kompozycję. Claymore to za to dark fantasy, w którym nie ma samurajów, są za to kobiety-mutantki, które za pieniądze zabijają potwory zagrażające ludzkości – coś jak nasz rodzimy Wiedźmin. Dziś mam z Claymorem taki problem, że nie bardzo pamiętam o czym to było. Pamiętam zawiązanie akcji, ale co się działo potem i jak się skończyło – o tym mam bardzo mgliste wspomnienia. Ta czarna dziura w mojej pamięci trochę mnie pokoi i skłania do stwierdzenia, że skoro nic z tego nie pamiętam to może historia była zwyczajnie nieciekawa. Kojarzę tylko, że Claymore miał zakończenie w rodzaju „doczytajcie sobie w mandze”, więc chyba coś w tych obawach jest.



A jak z Wami? Maciej jakieś ulubione serie, które trzymacie tylko w strefie słodkich wspomnień, których nie rozgrzebujecie? A może pokusiliście się kiedyś o przypomnienie sobie ulubieńca sprzed lat tylko po to by przeżyć gorzkie rozczarowanie?

Reklamy

9 Komentarzy

  1. Oj tak, też mam takie anime na raz. I też jest w tej grupie fantasy – Kingdom of Chaos ~Born to kill. Nie wiem czy wspominać tu Final Fantasy – The Spirits Within, w końcu to CGI. Wymienię też Weiss Kreuz Gluhen, Sakura Taisen i Saber Marionette J.

  2. claymore potwierdzam skończyli jak manga jeszcze daleko od finału była graficznie fajne kilka rysunków można by sobie na ścianie powiesić co do shany widziałem pierwszy sezon i chyba część 2 osobiście nie mam chyba takiej serii a w każdym razie jeszcze na nią nie trafiłem :)

  3. Coś, do czego już nigdy nie wrócę? Hmmm… prawdopodobnie do 99% anime i to nawet nie z racji strachu przed zepsuciem sobie wspomnień, czy „wyrośnięciu” z pewnych tytułów, tudzież zmęczeniu powtarzalnością motywów, o których wspominasz. Ja chyba ogólnie jestem osobą, która jakoś nie lubi re-watchowania. Za dużo nowych (i starych) rzeczy czeka na nadrobienie, żeby do czegoś wracać, a czasu jest jak na lekarstwo… ale, rzadko bo rzadko, trafiło się kilka najulubieńszych perełek, które mnie do powrotów skłoniło. Card Captor Sakurę widziałam dwa razy i z chęcią usiadłabym do niej jeszcze raz, bo seria ta dalej ma w sobie tą uroczą magię co kiedyś (zresztą co widać, bo nowa manga, która zaczęła niedawno wychodzić sprawiła, że fandom powstał jak feniks z popiołów xD). Dorzucę jeszcze Princess Tutu i Nodame Cantabile. A! No i od dawien dawna chodzi za mną, żeby powtórnie obejrzeć FMA: Brotherhooda ^^

  4. Ogolnie te serie ktore zostały wymienione to sa DOBRE (co nie znaczy ze sa SWIETNE) serie ktore miały i wciąż maja fanów, ale jakoś nie powodują że chce sie do nich wracać

  5. Code Geass- głupawki towarzyszącej śledzeniu tej serii na bieżąco nie da się powtórzyć a patrząc z perspektywy czasu to była chyba jej najlepsza część・v・. No może poza demonicznym śmiechem FukuJuna i Imperatorem WAKAMOTO

  6. Też mi szkoda czasu na ponowne oglądanie czegoś co już znam, chyba ze to pojedyncze sceny czy tak krótkie i treściwe rzeczy jak Teekyuu. Aczkolwiek już zaczynam zapominać niektóre bajki z początku mojej kariery i martwi mnie to, bo na przykład z nostalgią wspominam Vividreda, którego przecież tak sobie oceniłam wkrótce po obejrzeniu xD
    No i – planowałam, że moim pierwszym rewatchem będzie ukochana Sengoku Basara, żeby wciągnąć wreszcie kiedyś całość a nie tylko pierwszą serię, a tymczasem zaczęłam oglądać Lucky Stara żeby się uczyć robienia notatek podglądając notatki jednego recenzenta z ANN. Upośledzenie umysłowe boli ;_;
    Higurashi mnie zaskoczyło, bo oczekiwałam edgy krwi i flaczków, a dostałam piękną opowieść o przyjaźni z kilkoma mocniejszymi scenkami. Podobno manga jest najpełniejszą (i najmniej bolącą w oczy xD) wersją historii, więc wiernie kolekcjonuję wydanie Waneko :3
    Oj, z Shaną to rozumiem, tyle że ja do dziś mam mnóstwo takich tytułów które są obiektywnie słabe lub takie se, no i jak tu nie kochać gdy cały świat jest przeciwko nam ;_;

  7. Żadnej z tych serii nie widziałam, ale Higurashi już od dawna mam na liście do obejrzenia (i jakoś wciąż nic sobie z tego nie robię). Co najmniej kilka(naście?) anime chętnie bym sobie odświeżyła, ale przy tak wielu wciąż nieobejrzanych tytułach wydaje się, że szkoda na to czasu (chociaż czasami się jednak przełamuję, zwłaszcza jeśli mam w planach recenzję). Pomijając serie, do których nie zabrałabym się ponownie dlatego, że mi się nie podobały, chyba nie ma za wiele takich tytułów. Pewnie Kaichou wa Maid-sama, które było jednym z pierwszych moich anime i bałabym się, że teraz przyjęłabym je mniej pochlebnie, może Sakurasou no Pet na Kanojo z podobnych powodów (pierwsza seria, na której nowe odcinki musiałam czekać). ;)

  8. Po uporaniu się z powtórką DCAU planowałem wrócić do chińskich bajek, więc za miesiąc albo dwa mógłbym obejrzeć Claymora i powiedzieć ci, czy był to sensowny ruch.

  9. Ja miałam kiedyś podejście do Shakugan no Shana. Dwa odcinki i nie miałam sił tego kontynuować, chociaż sama nie potrafiłam powiedzieć, dlaczego :/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: