Dlaczego, mimo wszystko, dobrze było być offline

Internet to cudowna rzecz. Nawet jeśli ludzkość opatentuje kiedyś niewyczerpalne i ekologiczne źródła energii, cudowne serum dające długowieczność i leczące raka czy kolonizację centrum galaktyki to i tak te wszystkie cuda zbledną w obliczu takiego wynalazku jakim jest internet. Co prawda na dzień dzisiejszy internet przyczynił się raczej do rozprzestrzenienia się raka niż do jego wyleczenia, ale to szczegół.

TL;DR na samym końcu wpisu.

the worst

Globalna sieć jest szczególnie ciekawa dla osób interesujących się rzeczami, które od zawsze stały raczej na uboczu głównego nurtu rozrywki i w mediach masowych poświęcano im niewiele miejsca. W moim przypadku są to na przykład książki fantasy, gry RPG i anime. Gdy zaczynałem się wciągać w moje hobby dostęp do internetu w naszym kraju wcale nie był tak bardzo powszechny przez co zdobywanie wszelkich informacji było problematyczne, a w ‚realu’ znałem zaledwie garstkę osób, z którymi mogłem na takie tematy pogadać.

Gdy byłem w gimbazie modne były pokemony i można było zagaić o ostatnim odcinku przygód Asha (czy tam Satoshiego) to już poruszanie tematów oscylujących wokół książek fantasy mijało się z celem, a nawet doprowadziło do nadania mi przez dominującą wśród klasowych dziewcząt mafię łatki dziwaka. Po latach stweirdziłem, że kilka dziewczyn mnie  pewnie nawet lubiło, ale presja ze strony samic alfa sprawiała, że miały opory przed umawianiem się ze mną do kina (albo, co bardziej prawdopodobne, tak sobie wmawiam na stare lata). Temat „Władcy Pierścieni” ewentualnie dało się jeszcze poruszyć bo do kin wchodziły filmy z tej serii, za to rzucanie nazwiskami jakiegokolwiek innego autora mijało się z celem. Gdybym miał regularny dostęp do internetu to wskoczyłoby się na jakieś forum, a tak to nie było do kogo gęby otworzyć, a lista znanych mi książek fantasy ograniczała się do tego co akurat było na półce w bibliotece. Mimo to z perspektywy czasu stwierdzam, że bycie offline dawało wcale niezłe warunki rozwijania się w nowym, niszowym hobby, o czym poniżej.

Internet stanowi prawdziwą kopalnię wszelkich informacji, nawet znając tylko podstawy google-fu można szybko wylistować sobie tysiące książek czy filmów z konkretnego gatunku. Problem pojawia się wtedy gdy z tej długaśnej listy trzeba coś konkretnego wybrać bo raczej mało kto jest w stanie czytać 10 książek naraz. Nie mając internetu podeszłoby się do regału z napisem „fantasy” w bibliotece czy księgarni, przeczytało pierwszą stronę jakiejś książki, pooglądało okładki (wstyd się przyznać, ale niejeden raz dawałem się kusić ładnej okładce). Nawet jeśli regał był wielki to przynajmniej dało się go ogarnąć wzrokiem i w stosunkowo krótkim czasie coś wybrać. Wracając do tych wyniki wyszukiwania, które wyrzuciło nam google – ma się taki zalew suchej informacji, że głowa pęka. Mam przed oczami zestawienia, listy bestsellerów 30 księgarni, rankingi użytkowników kilkunastu portali, w których to rankingach próżno dopatrywać się punktów wspólnych bo jeden portal zrzesza użytkowników wychowanych na Harrym Potterze, a inny opanowała mafia Tolkienowych purystów. Niby można czytać opisy, recenzje, oglądać okładki i na tej podstawie dokonywać wyboru lektury. Przyznam się jednak, że do dziś robiąc taki research online (nieważne czy dotyczy on filmów, książek czy czegoś innego) zdarza mi się zwyczajnie marnować kupę czasu i nie podejmować żadnej konkretnej decyzji kwitując sprawę stwierdzeniem, że „sprawdzę dokładniej kiedy indziej” albo „i tak nie wiadomo co będą mieć na półce w księgarni”. To dość oczywiste, ale ogromna ilość informacji niekoniecznie ułatwia podjęcie decyzji, a wymaga poświęcenia większej ilości czasu na przekopanie się przez dane. Jakoś też tak jest, że gdy się coś pomaca to można się do tego czegoś łatwiej przywiązać i zabrać ze sobą do domu. Swoją drogą to w pewnej sieciowej księgarni przydałby się napis „książkę zmacaną uważa się za sprzedaną” bo ludzie traktują to miejsce jak publiczną czytelnię i chcąc kupić nową książkę trzeba wpierw wybrać z półki taki egzemplarz, którzy nie jest już poplamiony albo wymięty.

lans-soapbox-com

lans-soapbox.com

Inna sprawa to filtrowanie informacji. Ok, mam już kilkanaście książek czy gier na oku, ale teraz przydałoby się wybrać coś konkretnego. Czytam opinie, recenzje użytkowników i okazuje się, że książka, która ma ładną okładkę oraz intrygujący opis fabuły (ma być na przykład o smokach przybierających ludzką postać, a ja mam akurat w tym momencie bzika na punkcie smoków jako pierwszoplanowych bohaterów) zbiera średnie oceny i jest raczej mało popularna. Często powtarza się za to opinia, że autor naśladuje styl kogoś innego, a w ogóle to lepiej poczytać coś o łowcach smoków bo to jest bardziej cool, a książkach innego autora jest więcej krwi i seksu. Zaczynam sortować te książki czy anime według ocen wystawionych przez recenzentów i cały proces selekcji rozpoczyna się od nowa. Wiadomo, że recenzja recenzji nierówna i mając trochę zdrowego rozsądku można dojść do wniosków, że ocena wystawiona przez kogoś kto przez pół tekstu skupia się na rzeczach zupełnie dla mnie nieistotnych będzie dla mnie miała małą wartość informacyjną. Mówię tu na przykład o sytuacji, w której recenzent anime o mechach wałkuje temat „realizmu” i „praw fizyki” co dla mnie prawie wcale nie ma znaczenia w kontekście rozrywkowego anime z ładną grafiką. Ok, po przeczytaniu recenzji wiem, że prawdopodobnie nie powinienem zwracać dużej uwagi na ocenę jaką wystawił autor tekstu, ale mimo wszystko musiałem poświęcić trochę czasu by ten tekst przeczytać.

Kolejny punkt to wszechobecne spoilery. Netykieta nakazuje spoilerów unikać, oczojebnie je znakować i maskować przy pomocy cudacznych tagów. Jednak nawet zakładając, że na stronach głównych ludzie unikają zdradzania szczegółów fabuły (jednak wystarczy poświęcić 15 minut na grzebanie w sieci by to założenie obnażyło całą swoją naiwność) to bardzo łatwo przypadkiem trafić z google na jakieś forum gdzie fani danego tytułu wymieniają się spostrzeżeniami. Sama definicja spoilera może być zresztą dość elastyczna, a niektórzy uważają, że posługiwanie „lekkimi spoilerami” jest przyrodzonym prawem recenzenta. Wszelkie wikie to już w ogóle jedno wielkie siedlisko spoilerów. Nie raz szukając na wikii szczegółowej rozpiski mechaniki jakiejś gry przypadkiem pakowałem się na fragment ze spoilerami. Do głowy przychodzi mi choćby Dragon Age wikia, którą ostatnio często przeglądam po robię replay z Origins i Awakening – naprawdę fajnie są tam rozpisane takie aspekty gry jak tankowanie, obliczenia szans trafienia i skalowanie się zaklęć ze statystykami postaci. Użytkownicy tej wikii lubują się też w szczegółowym rozpisywaniu settingu gry, ale pomimo wyraźnie oznakowanych spoilerów bardzo łatwo można sobie zepsuć kilka niespodzianek.

xkcd-com

xkcd.com

Tu dochodzimy do sedna sprawy czyli do masy anonimowych ludzi jaką można spotkać w internecie. To naprawdę świetna sprawa, że w internecie można wymienić opinie z innymi fanami danego małego wycinka popkultury (ku czemu można nie mieć okazji IRL), ale tak naprawdę nie wiemy kto siedzi po drugiej stronie, a jak to zwykle bywa te bardziej wartościowe głosy zginą pod natłokiem zwyczajnego spamu. Internet stanowi też ujście dla wszelkiej maści samozwańczych guru, którzy IRL nie mają okazji wyrzucić z siebie swoich jedynie słusznych opinii, a na każdego nowicjusza dosłownie się rzucają by zalać go swoimi jedynymi słusznymi opiniami. To akurat przerobiłem swego czasu na przykładzie fandomu RPG w internecie i po jakimś czasie stwierdziłem, że szukanie wartościowych treści na ten temat w sieci mija się z celem bo wymaga przekopywania się przez metry mułu. To właśnie z internetu dowiedziałem się też, że przez całą szkołę grałem w RPG ŹLE i to absolutnie niemożliwe bym kiedykolwiek się dobrze bawił robiąc po swojemu. Wiem, że każdy ma prawo do swoich opinii i dzielenia się nimi (sam zresztą z tego prawa nader chętnie korzystam), ale niektórzy lubią wręcz narzucać się innym ze swoimi „mojszyzmami” jednocześnie odmawiając innym prawa do ich własnych „mojszyzmów”. Stąd biorą się potem głupie dyskusje polegające na czepianiu się słówek – takie można łatwo znaleźć nawet na, zdawałoby się, poważnych portalach z recenzjami. Czasami jest jednak po prostu tak, że ludziom w internecie odbija, nuda i poczucie anonimowości rodzą trolla. Na własnym przykładzie powiem, że w internecie zdecydowanie można poznać kupę świetnych ludzi, najlepsze jest to, że łatwiej ich sobie wyselekcjonować niż w ‚realu’, a także bezboleśnie zerwać kontakt z tymi, którzy nam nie pasują. Mimo to po drodze i tak trafi się przynajmniej jeden mentalny gimbus.

TL;DR: Kiedyś chcąc kupić książkę szedłem do księgarni i brałem z półki coś czego jeszcze nie czytałem i wydawało się fajne, a teraz przez tydzień przeglądam „lubimyczytać” i w końcu dalej nie wiem co kupić. Ale przede wszystkim to: „Dopóki nie skorzystałem z internetu nie wiedziałem, że na świecie jest aż tylu idiotów”. Mimo to internet to ciągle serious business, a cały tekst to oczywiście moja subiektywna (ale jedynie słuszna, duuuuuuh) opinia, którą trzeba potraktować z przymrużeniem oka bo po dziś dzień mam kompleks na punkcie tego, że jako nastolatek, w przeciwieństwie do kolegów mieszkających na dużych osiedlach, nie miałem stałego łącza z internetem pociągniętego w całej klatce schodowej.

Advertisements

3 komentarze

  1. Napisałam Ci ostatnio komcia, ale error go zjadł, więc tego, w internecie nikt nie wie, że jestem psem, to korzystam, hał hał.

  2. No właśnie, mnie też zeżarło. Tak czy siak, słuszne przemyślenia, a internet jak wszystko ma swoje zady i walety.

  3. […] Blog Mirasa – Dlaczego, mimo wszystko, dobrze było być offline. Czyli patrz […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: