Jak to Kosogłosowi podcięli skrzydła

Wybrałem się początkiem miesiąca do kina na Kosogłos: część druga. Mój poziom hype’u był wysoki, nie przeczę – książkową trylogię Suzanne Collins pochłonąłem w ekspresowym tempie, a filmy powstałe na jej podstawie zwykłem określać jako wzorcowe ekranizacje. Filmowe Igrzyska Śmierci miały naprawdę dobrze dobranych aktorów, wiernie przedstawiały fabułę z materiału źródłowego, a ich twórcy wykazali się bardzo dobrym wyczuciem jeśli chodzi o wycinanie pewnych scen, które miały miejsce na papierze, a które trzeba było usunąć by film nie trwał ponad trzy godziny. Mimo to gdzieś na skraju mojej świadomości czaił się niepokój spowodowany słowami „część druga”. Motywem przewodnim dzisiejszej notki jest właśnie Kosogłos, ale traktuje ona raczej ogólnie o ekranizacjach książek.

trylogia

Moda na dzielenie materiału źródłowego i kręcenie adaptacji na zasadzie: „seria liczy sobie X tomów, nakręćmy więc X+1 filmów” ma się świetnie i nic nie wskazuje na to by miała się kiedykolwiek skończyć. Niby coś przebąkuje się o tym, że to wszystko po to by zrobić wierną adaptację, ale nikt jakoś specjalnie nie zaprzecza, że w istocie chodzi o skuteczniejsze dojenie marki. O ile mnie pamięć nie myli wszystko zaczęło się od Harry Potter i Insygnia Śmierci, a potem poszło już z górki. Z Harrym nie mam jeszcze zbyt wielkiego problemu bo ostatni tom faktycznie był opasły i jestem w stanie dostrzec jakiś sens w dzieleniu tego tytułu na dwa filmy. Potem jednak zdarzały się takie kwiatki jak Saga Zmierzch, w której pod koniec ostatniego filmu dodano trwającą ponad pół godziny scenę bitwy, której za chiny ludowe nie jestem sobie w stanie przypomnieć z książkowego oryginału. Swoją drogą to moim zdaniem filmy z tej serii wcale nie są takie najgorsze, mają po prostu pecha być oparte na kiepskim materiale źródłowym – mam wrażenie, że twórcy naprawdę starali się by pomimo tego nakręcić coś znośnego (kwestionować mogę co najwyżej dobór dwójki głównych aktorów). Totalnie inne podejście prezentuje za to filmowy Hobbit – w tym kontekście słowo „adaptacja” nie przechodzi mi przez gardło.

Wracając już jednak do Kosogłosa. Pisałem, że cenię sobie tą serię za to, że stara się być wierną adaptacją. Wydaje mi się jednak, że twórcy na pewnym etapie stanęli na rozdrożu – z jednej strony chcieli oddać duch książkowego pierwowzoru, a z drugiej sprostać wymaganiom producentów i branżowym standardom. W efekcie Kosogłos został pocięty na dwie części, ale zamiast dopisywać sceny, których nie było w książce postanowiono wszystko maksymalnie rozciągnąć. To sprawiło, że Kosogłos: część druga jest filmem, w którym przez większość czasu niewiele się dzieje i zasługuje on co najwyżej na przeciętną ocenę choć jednocześnie pozostaje maksymalnie wierny książce. Licząc kasę ze sprzedaży biletów warto będzie zastanowić się nad tym na ile ta rekordowa sprzedaż wynika z „genialności” filmu, a na ile z przyzwyczajenia widzów. Pisząc o „przyzwyczajeniu” mam na myśli sytuację, w której skoro obejrzało się już trzy filmy to równie dobrze można obejrzeć czwarty bo trochę głupio byłoby tak przerwać przed samym końcem. Coś jak przy oglądaniu serialu – niby po 6 sezonach zaczął przynudzać, ale skoro do końca zostały jeszcze dwa sezony to równie dobrze można się „poświęcić” i zobaczyć zakończenie. Nie mam oczywiście nic do zarzucenia widzom, którzy chcą zobaczyć zakończenie, chcę tylko by ktoś kiedyś zastanowił się gdzie na dłuższą metę zaprowadzi nas taki model biznesowy.

hobbit

Pomimo tego, że filmy z tej serii trochę potoczyły się po równi pochyłej (zaczęło się genialnie, potem było odrobinę gorzej, skończyło się co najwyżej średnio) to moim zdaniem pozostają najlepszym co na chwilę obecną ma do zaoferowania nurt „ekranizacja serii science-fiction young adult”. Nie jestem znawcą tego typu literatury, ale chodzę czasem do kina i nie przypominam sobie by coś mogło w najbliższym czasie zagrozić Igrzyskom. Mamy Serię Niezgodna, w której szwankuje sporo rzeczy począwszy od aktorstwa (sorry, ale Zoe Kravitz w pojedynkę tego nie udźwignie). Fun fact, dla niepoznaki czwarty film z serii nie będzie nazywał się Allegiant: part two, ale Ascendant – ot tak, może ktoś się nabierze i pomyśli, że seria książkowa też liczyła sobie cztery tomy (pomijam tu książkę Four traktując ją jako historię poboczną do głównej serii). Z drugiej strony jest Więzień Labiryntu, w którym jest sporo całkiem fajnych pomysłów i naprawdę jestem w stanie uwierzyć, że w wersji książkowej jest to super czytadło, ale wykonanie jest przeciętne pod każdym względem. Co ciekawe, jeśli wierzyć wstępnym zapowiedziom, trzecia część Więźnia… ma być zaadaptowana na TYLKO JEDEN film (nie wiem kto to wymyślił, ale musi być wielkim wizjonerem). Zapowiedziano już za to kilka nowych filmów,  na przykład Piątą Falę, która ma premierę w styczniu – do kina raczej nie pójdę, ale chętnie obejrzę gdy wyjdzie już na DVD i BD. Ja naprawdę nie oczekuję wielkich  cudów od kina rozrywkowego dla młodzieży, ale pięknie proszę – nie spartolcie kolejnej ekranizacji.

Reklamy

7 komentarzy

  1. Według mnie jedyną udaną adaptacją jest Władca Pierścieni Jacksona. I też męczy mnie dzielenie jednego tomu na dwa filmy, ale wiadomo – filmowcy są pazerni i chcą się jak najwięcej kasiory nachapać.

    1. Jackson wpadł na pomysł „dzielenia” dopiero przy Hobbicie, strach pomyśleć co by było gdyby przyszło mu to do głowy wcześniej.
      Do „Władcy…” jako adaptacji nie mam dużych zastrzeżeń. Może jedynie to amerykanizowanie, ale ono w sumie przeszkadzało mi tylko momentami w „Dwóch Wieżach”.

  2. Ygh, to dzielenie książki na dwa filmy też mnie denerwuje, bo o ile w HP naprawdę mieli powód, żeby tak postąpić, to cała reszta naśladowców szukała tylko sposobu na łatwy zarobek, co tylko zaszkodziło filmom. Kosogłosa jeszcze nie widziałam, ani pierwszej, ani drugiej części, ale nie spodziewam się cudów, biorąc pod uwagę, że wszyscy twierdzą dokładnie to samo – nuda. A Hobbit to w ogóle jakiś żart. Mam na myśli robienie trylogii z jednej, cienkiej książki. I niech mi tylko powiedzą, że nie chodziło o pieniądze…

    1. Nie przychodzi mi na myśl żadna książkowa seria, której „dzielenie” wyszło na dobre. Ok, Harry, ale tam przyrost ilości filmów do ilości książek jest mniejszy niż +33% xD

      1. Myślę, że przy Harrym zarobki były na tyle wysokie, że zrobienie dodatkowego filmu naprawdę nie wynikało z chęci dodatkowego zarobienia, tylko satysfakcjonującego przedstawienia finału 7-tomowego cyklu. Zwłaszcza że twórcy musieli znieść sporą krytykę przez to, co zrobili z 5 tomem. Szkoda, że całą reszta „twórców” zobaczyła w tym szybki zarobek i postanowiła to wykorzystać ;/ Mam nadzieję, że z czasem się od tego odejdzie, tak jak powoli odchodzi się od filmów 3D.

  3. A ja właśnie przerwałam Igrzyska po trzecim filmie. Kiedy zobaczyłam ten trzeci, odechciało mi się czwartego. Chyba właśnie po Harry’m mam uraz. Tam podczas oglądania przedostatniej części cały czas czekałam, aż coś się wydarzy, i się skończyło, no bo przecież trzeba było zostawić akcję na ostatnią część. W Igrzyskach było podobnie, w przedostatniej części cały czas na coś się zanosiło i się skończyło. Chyba mam już dosyć tej zabawy. Ale z tym, że Igrzyska są najlepszą ekranizacją young adult się zgadzam jak najbardziej. Jakiś czas temu próbowałam obejrzeć coś, co nazywało się Intruz, i to była dopiero zbrodnia.

    1. Intruz mignął mi gdzieś podczas przeglądania imdb czy podobnej strony i nawet przez chwilę rozważałem czy nie obejrzeć przy jakieś okazji. Potem doczytałem nazwisko Stephenie Meyer jaki autorki powieści, na której oparto ten film i mi się odechciało :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: