Książki na rozpoczęcie przygody z fantasy

Ostatnio tematyka anime poszła trochę w odstawkę bo tego lata robię sobie pewną przerwę od japońszczyzny. Zamiast śledzić na bieżąco kilka serii wybrałem sobie tylko jednego „must watcha” (Charlotte – serdecznie polecam wszystkim, którym podobał się Clannad czy Angel Beats!), a zamiast tego nadrabiam różne rzeczy. Dokończyłem na przykład oglądanie starego Gundama z lat 70′ i filmów z serii Szybcy i Wściekli, a w tym tygodniu zabrałem się za serial Legenda Korry co jest oficjalnie najlepszą decyzją ostatnich kilku miesięcy.

Przechodząc już powoli do właściwego tematu, naczytałem się ostatnio artykułów spod znaku „Top książek z gatunku X” czy „Top anime dla … „. Piję konkretnie do list w rodzaju „Książki fantasy dla osób zaczynających przygodę z gatunkiem”. Mam lekki bulwers o to, że w większości list jakie przeczytałem w kółko wałkuje się te same mainstreamowe tytuły i wielotomowe sagi. Umówmy się – argumentacja „to klasyka i moim zdaniem każdy początkujący musi znać” nie zawsze do mnie trafia (nie tylko w zakresie literatury). Nie zgodzę się na przykład z tym, że Tolkien jest dobrym czytadłem dla początkujących bo naprawdę potrafi znużyć, a przebrnięcie przez wielotomową sagę w rodzaju Czarnej Kompanii to wielkie wyzwanie dla osoby, która dopiero przyzwyczaja się do pewnych motywów. Dlatego dziś przybliżę kilka trochę mniej znanych, ale lekkich w odbiorze książek z krótkim wyjaśnieniem dlaczego uważam, że mogą spodobać się osobom mającym wcześniej jedynie symboliczną (albo wręcz zerową) styczność z fantasy.

Wiedźma.com.pl – Ewa Białołęcka

Książka wydana podczas boomu na polską fantastykę ładnych kilka lat temu. Opisuje perypetie współczesnej młodej kobiety, rockmanki i samotnej matki próbującej sobie jakoś poradzić w absurdalnej codzienności. Bohaterka odziedzicza po krewnej dom w zapadłej wsi i odkrywa, że zmarła była powszechnie uważana za czarownicę. Książka jest pełna humoru, a elementy fantastyczne są mimo wszystko ograniczone bo sprowadzają się do duchów i nielicznych czarów. Żadnych mieczy, żadnych smoków, żadnego podróżowania do wulkanu. Więcej jest tam slangu i ironicznych obserwacji rzeczywistości prowadzonych przez osobę uzależnioną od internetu i zdecydowanie czującą się na znacznie młodziej niż wskazuje jej metryka. Współcześni dwudziesto czy trzydziestolatkowie powinni bez problemu zidentyfikować się z bohaterką i jej spojrzeniem na świat. Piszę to bo zdarzyło mi się swego czasu przeczytać kilka książek z gatunku „literatury kobiecej”, których bohaterkami były właśnie młode kobiety, czy to studentki czy to trzydziestolatki. Widzę bardzo duże podobieństwo między ironicznym stylem jaki można zobaczyć na przykład u Izabeli Sowy, a stylem w jaki napisana jest Wiedźma. Miłośnicy (czy może raczej miłośniczki) takiej literatury powinni dobrze przyjąć książkę Białołęckiej, która mam nadzieję będzie stanowić pierwszy krok przed sięgnięciem do inne książki fantasy.

Cień Elfa – Elaine Cunningham

cien elfa

Gry cRPG to dobra odskocznia do rozpoczęcia przygody z literaturą fantasy. Już kilkukrotnie mogłem obserwować jak osoby dotychczas podchodzące do książek jak pies do jeża przez gry komputerowe wyrobiły sobie upodobanie do fabuły pełnej magii i w końcu sięgnęły po książki. Forgotten Realms to świat dobrze znany graczom z tytułów takich jak Baldur’s Gate czy Neverwinter Nights. Chcąc dowiedzieć się więcej o Wybrzeżu Mieczy, Dolinie Lodowego Wichru, Thay czy innym Cormyrze najlepiej wziąć do ręki Podręcznik Gracza do D&D i Zapomniane Krainy – Opis Świata, a potem poszukać jakiejś grupy RPG, która przygarnie nas na sesję. Można też jednak zabrać się za niezliczone książki inspirowanie D&D i osadzone w Zapomnianych Krainach. Jest jednak jeden problem – w Krainach osadzona jest ogromna ilość książek pisanych przez różnorodnych autorów, a książki są niestety bardzo różnej jakości. Przeczytałem więcej niż kilka książek spod tego znaku i uważam, że Elaine Cunningham jest jednym z nielicznych autorów, który w swoich książkach trzyma poziom. Cień Elfa to pierwszy tom z serii Pieśnie i Miecze, ale stanowi samodzielną historię dlatego można się za niego zabrać i nie obwiać się, że trzeba będzie brnąć w kolejne X tomów czekając na zamknięcie głównych wątków. Bohaterką książki jest Arilyn Książycowa Klinga – półelfia najemniczka, która ze względu na swój mieszany rodowód czuje się wyobcowana zarówno wśród elfów jak i wśród ludzi. Po zmarłej w tajemniczych okolicznościach matce bohaterka odziedziczyła magiczny miecz, którego moce pozostają jednak uśpione. Bohaterka zostaje niesłusznie oskarżona o dokonanie serii morderstw, a chcąc oczyścić się z zarzutów będzie musiała rozwikłać tajemnicę swojego dziedzictwa.

Ostatni Lord Smok – Joanne Bertin

O tej książce pisałem na blogu dokładnie 3 lata temu. Gdyby wydano ją dziś to pięknie wpisałaby się w nurt supernatural romance i cieszącą się ogromną popularnością młodzieżową fantastykę adresowaną do dziewcząt. Nie ma się co kłócić o to, że w Ostatnim Lordzie Smoku romans gra pierwsze skrzypce, ale ani na chwilę nie przestaje on też być książką fantasy. Ta książka to nie naiwna opowiastka, gdzie bohaterowie to chodzące fetysze, elementy fantastyczne stanowią tylko ozdobnik, a główna postać kobieca to przykładowa Mary Sue. Autorka stworzyła przemyślaną fabułę i konsekwentnie ją poprowadziła bez babrania się w fanserwis i ubierania postaci we współczesne manieryzmy. W moim odczuciu autorka naprawdę napisała książkę fantasy, a nie tylko chciała dodać pikanterii swojemu romansowi poprzez wprowadzenie tam czarnoksiężników. Dla osób lubujących się we wspomnianym supernatural romance (nie oszukujmy się – mówimy tu pewnie głównie o młodych kobietach) Ostatni Lord Smok może stanowić pewną odskocznię i wprowadzenie do książek, w których romans będzie grał mniejszą rolę, a które będą fantasy „pełną gębą”. Na marginesie zaznaczę też, że nie chcę tu krytykować współczesnego fantasy adresowanego do nastolatek – Trylogię Czarnych Kamieni Anne Bishop czytało mi się dobrze (pomimo trudnych początków).


Zdaję sobie oczywiście sprawę (i Wy na pewno też sobie zdajecie sprawę), że to tylko subiektywna lista pisana trochę na zasadzie „co mi się akurat przypomni”. Na pewno gdyby się zastanowić dłużej to znalazłaby się masa książek, które świetnie się nadają by wkręcić w fantasy kogoś kto podchodzi do gatunku sceptycznie. Pisząc w komentarzach swoje propozycje podawajcie proszę uzasadnienie z jakiego powodu dana książka przekona daną osobę do fantastyki. Nie wypisujcie też proszę oczywistości w rodzaju Wędrowycza (bo to się podoba wszystkim lubiącym parodie) i Symfonii Ognia i Lodu (bo skoro wszyscy oglądają serial to wszyscy mogą przeczytać książki) :)

Advertisements

11 komentarzy

  1. dodałbym dicksona cykl zaczynający się od smok i jerzy piers anthony cykl xanth czy morisseya cykl kedrigan morressyego to można z czystym sumieniem polecić :) przyjemnie lekko się czyta i nie nuży dzięki sporej zawartości humoru :)

  2. Ja sama zaczynałam od Andre Norton, od cyklu Dark Sun, Elryka z Melnibone i Dragonlance. Ech, teraz już się tak nie pisze…

  3. Noo, wiedźma.com.pl to raczej fantasy nie jest. W ogóle widzę, że utożsamiasz fantastykę z fantasy, a to nie to samo.

  4. @Rob

    Smok i Jerzy bardzo na propsie – też uważam, że świetna książka na start. Lekkie i z humorem :)

    @ Nana Arima

    Dragonlance mam jeszcze do nadrobienia bo czytałem jedynie antologie opowiadań bardzo różnej jakości. Pierwszy tom Kronik… mam niby na półce, ale czeka grzecznie na swoją kolej. Coś z Dark Sun bardzo chcę przeczytać jak tylko wpadnie mi w łapki bo robiłem swego czasu research na nową kampanię Dungeons&Dragons i wydał się tak o niebo świeższy niż oklepane Forgotte Realms.

    @Mysza

    Ogólnie to przyjmuję (chyba ten najpowszechniejszy) podział według którego fantasy, SF i horror to podgatunki fantastyki. Wydaje mi się jednak, że potocznie tych terminów czasem używa się wymiennie, nawet księgarnie i różne bazy danych w necie czasem wrzucają to wszystko do jednego worka. Dlatego stwierdziłem, że posłużenie się takim uproszczeniem u siebie na blogu będzie mało szkodliwe, tym bardziej, że to taka luźna notka wymyślona podczas przerwy w pracy :). Podtrzymuję za to, że Wiedźma… jest dobrą pozycją dla osób, które z szeroko rozumianą fantastyką miały wcześniej małą styczność.

  5. Obejrzałam kiedyś kilka odcinków „Legendy Korry”, ale potem jakoś o tym serialu zapomniałam. Może warto byłoby to nadrobić. :)
    Fantastyka nie jest mi całkiem obca, jednak akurat żadnej z tych książek nie czytałam.

  6. No właśnie fani i generalnie ludzie, którzy dużo w czymś siedzą miewają problem z utrzymaniem odpowiedniego dystansu, sama się czasem na tym łapię gdy gadam z kolegami z pracy o anime (ale ja to jeszcze dodatkowo bucem jestem). W ogóle w fantasy mnie zawsze irytują te długaśne sagi, kolega z działu poleca Malazańską Księgę Poległych, jestem like „dzięki!” a potem guglam i DZIESIĘĆ TOMÓW NO WEŹ WYJDŹ W OGÓLE
    Białołęckiej styl mi się za licbazy podobał, gdy czytałam ten jej zbiorek fanfików z Harrego Pottera z przerobionymi nazwami, ciekawe w sumie czy i na ile to teraz by mi podeszło, zwishlistowane :)
    Ja od siebie nic nie dodam, bo fantastyki nie lubię i w sumie w ogóle książek nie lubię. Nic nie lubię, tylko słodka śmierć może nas wyzwolić.

    1. No nie? Fani są absolutnie okropni, nie wiem jak można się w ich towarzystwie obracać. Sam próbuję sobie czasem wmawiać, że nie jestem tak okropny jak inni fani, ale średnio mi to wychodzi. Biję się w pierś, za gimbazy miałem okres, w którym wyśmiewałem się z fanów Harry’ego Pottera bo „jak oni śmią mówić, że czytają fantasy? Potter niegodny, Tolkien 4ever”.

  7. Akurat to uproszczenie jest okropne i o ile można nazwać takiego Tolkiena i fantasy, i fantastyką, to w drugą stronę to zwyczajnie nie działa i jest zwyczajnym błędem. Wiesz, to na zasadzie, że wszystkie orki to walenie, ale nie wszystkie walenie to orki. Tych pojęć absolutnie nie stosuje się wymiennie.

    1. Spoko, dobrze rozumiem o czym piszesz.

  8. Mam trochę focha na Białołęcką za nieskończone „Kroniki Drugiego Kręgu”. Kamyka i Jagody nie znosiłam, ale reszta bohaterów była super.

    Tolkien to dość ciężki klasyk, ale ja i tak poleciłabym te „klasyki”. Nie tylko dlatego, że motywy z nich pojawiają się w późniejszych pozycjach, ale też dlatego, że są dobrze napisane. Czytałam sporo fantastyki różnego rodzaju i pamiętam dwa rodzaje książek – te najlepsze i te najgorsze. Te po prostu dobre lub przyzwoite gdzieś uciekają.

  9. O, Ostatniego Lorda Smoka czytałam i strasznie mi się podobało. Chętnie bym do tego wróciła… Dorwałam książkę mając z 12-15 lat, tak myślę, i 9 lat starszy ode mnie brat zakosił mi ją i pochłonął w błyskawicznym tempie żądając więcej ciekawych pozycji z biblioteki…
    Ja zaczynałam przygodę z tym gatunkiem od takich książek jak młodzieżówki od Pratchetta czy cykl o Kedrigernie Johna Morressy. Zaczynałam też od Hobbita, którą to książkę wcisnął mi brat. Potem wcisnął mi też Eddingsa… A ja się odwdzięczyłam Feistem z biblioteki :D Miło mieć wspólne zainteresowania ^^
    W sumie polecanie komuś serii na początek, żeby zaznajomił się z gatunkiem, bardzo też zależy od wieku tej osoby :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: