Chuunibyou, ciastka i płeć przeciwna

W marcu zakończyła się emisja Chuunibyou demo Koi ga Shitai! Ren, sequelu popularnego anime z 2012 roku. Pierwszy sezon oglądałem z niekłamaną przyjemnością – niby tyle narzekam, że KyoAni schodzi na psy, a jakoś ciągle wypuszczają oni serie, które trafiają w moje gusta. Nie są to już może hiciory na miarę Clannada, ale bardzo przyzwoite serie jak choćby niedawne Kyoukai no Kanata. W notce poniżej umieściłem kilka luźnych uwag, które nasunęły mi się po „przetrawieniu” już na spokojnie tej serii. Trochę mnie też poniosło i rozpisałem się na pokrewne tematy.

Ta bohaterka dostała niewiele czasu antenowego, ale była absolutnie genialna. (e-shuushuu.net)

Ta bohaterka dostała niewiele czasu antenowego, ale była absolutnie genialna. (e-shuushuu.net)

Miałem sporo obaw, że drugi sezon okaże się niewypałem, że jego poprzednik na tyle wyeksploatował temat, że każdy odcinek będzie jednym wielkim zapychaczem czasu antenowego. Okazało się jednak, że z historii Yuuty i Rikki można jeszcze sporo wycisnąć. Nie obyło się oczywiście bez tego fanserwisu w stylu KyoAni z ostatnich lat – wszystko przesłodzone do granic możliwości, postacie tak bardzo urocze i zdziecinniałe jak tylko się da, a jakiś cud sprawia, że to wszystko nie przyprawia o mdłości. Swoją drogą to świetny przykład na to, że od czasów K-ON! twórcy nauczyli się balansować na granicy tak by nie spaść w przepaść. W Chuunibyou demo Koi ga Shitai! Ren jest się czym cieszyć; odwieczne utarczki między Mori Summer i Dekomori, rozbrajające komentarze Kumin-sempai, nawet naczelny błazen Isshiki dostaje swoje pięć minut. Głównym motywem jest jednak rozwój związku pomiędzy dwójką bohaterów. Pierwszy sezon niby sprawnie pozamykał wszystkie wątki, ale zostawił Yuutę z nie lada problemem – wszyscy wiedzą, że on i Rikka się kochają, ale jak tu na co dzień żyć ze swoją dziewczyną, która zamiast chodzić na randki woli szukać artefaktów i urządzać jakieś udawane czarnomagiczne rytuały? Oprócz tego w drugim sezonie trochę miejsca poświęcono dziwnym relacjom jakie zachodzą pomiędzy Nibutani i Dekomori co mnie bardzo cieszy. Swoją drogą to sama Nibutani jakby zaakceptowała w końcu ten okres swojego życia, w którym sama podawała się za wielką czarodziejkę. Wprowadzono też kilka niezłych postaci drugoplanowych – koleżanka „specjalistka od związków” z klasy Yuuty była genialna.

Drugi sezon pokazuje stopniową ewolucję związku bohaterów, to jak Rikka powoli wychodzi ze swojej skorupy i uczy się polegać na swoim chłopaku. Nie zwykłem dorabiać wielkiej filozofii do takich czysto rozrywkowych serii, ale w Chuunibyou… fajnie pokazano, że w wybujałej wyobraźni nie ma nic złego, że na dobrą sprawę każdy ma swoje dziwactwa. Ważne jest to, że każdy może się zmienić, ale tej przemiany nie ma co wymuszać na siłę – każda osoba dojrzewa (o ile to dobre słowo) w swoim własnym tempie i na swoich własnych zasadach choć drobna pomoc ze strony otoczenia też może okazać się przydatna. Muszę przyznać, że właśnie to pozytywne przesłanie podobało mi się najbardziej w całej serii (no, nie zapominajmy też o Kumin-sempai). Serię można oczywiście interpretować inaczej, jako promującą eskapizm i wieczne odwlekanie wejścia w dorosłość – wiele negatywnych recenzji bazuje zresztą właśnie na takiej interpretacji. Przypomina mi to trochę okres nagonki na książki o Harrym Potterze, autorce zarzucano wtedy różne rzeczy począwszy od utajonego promowania pogaństwa przez gloryfikowanie społeczeństwa podzielonego na klasy (głupi mugole i fajni czarodzieje) aż do promowania eskapizmu i fantazji. Osobiście argument o eskapizmie uważałem za głupotę, to tak jakby od każdej książki dla dzieci wymagać, że będzie w 100% realistyczną historią przekazującą nauki, które przygotują młodego czytelnika do dorosłego życia (i niczym więcej) – w ten sposób negujemy wartość wielu klasycznych dzieł literatury dla dzieci. Tak samo moim zdaniem nie ma sensu wymagać od dzieła KyoAni, że będzie realistyczną historią o dojrzewających nastolatkach i ich problemach opatrzoną morałem. Niech każdy wynosi sobie z Chuunibyou… nauki jakie chce, ale w tym wszystkim chodziło przecież o wniesienie odrobiny uśmiechu w codzienność – dlatego seria była tak cukierkowa, kolorowa i infantylna.

Ten przypadek chuunibyou byłem prawdziwym hitem internetu kilka lat temu:

Co tu dużo gadać, będę miał sentyment do tej serii bo sam będąc nastolatkiem przeżywałem głęboką fascynację fantastyką i na sesjach RPG (poza nimi zresztą też) odstawiałem podobne numery. Miało to swoje dobre strony bo podczas gdy moi rówieśnicy eksperymentowali z alkoholem ja wolałem dyskutować o twórczości tego i tamtego pisarza. Mama przez jakiś czas trochę się niepokoiła co robimy razem z kolegami zamknięci w pokoju przez kilka godzin siedząc nad zapisanymi kartkami i kostkami do gry, ale przynajmniej nie musiała się martwić, że się gdzieś włóczę po pijaku. Nie było jednak całkiem cukierkowo bo dziewczyny nie chciały chodzić ze mną do kina – miały mnie za nudziarza, który woli cytować Tolkiena zamiast rozmawiać o Big Brotherze. Ech, nie można mieć wszystkiego, zresztą poczucie humoru i umiejętność wypowiadania celnych ripost wyrobiłem sobie dopiero później. W anime Yuuta był w stanie dostrzec, że pod maską potężnej czarownicy Rikka jest uroczą dziewczyną, która naprawdę jest w stanie go pokochać. W prawdziwym świecie niestety nie zawsze to tak działa bo ludzie lubią oceniać po pozorach i trudno im zrozumieć zapaleńców. Ja lata temu miałem niskie notowania u płci przeciwnej bo oceniano mnie przez pryzmat mało popularnych (mało fajnych) zainteresowań. Nie chcę tu wcale wychodzić na biednego nerda, którego dziewczyny omijały szerokim łukiem, przytaczam tylko jednorazową sytuację, która jednak miała miejsce. Wydaje mi się, że to poniekąd stąd bierze się (czy raczej brała) lekka tendencja do szukania sobie partnerów we własnym kółku towarzyskim, wśród osób mających wspólne pasje. Kiedy do stricte męskiego grona miłośników fantasy dołączała dziewczyna to nagle wszyscy zaczynali w niej widzieć potencjalną partnerkę. Usłyszałem też kiedyś śmieszne (ale i trochę tragiczne) stwierdzenie, że „niektórzy jeżdżą na konwenty szukać sobie żony”. Nie przeczę, że konwent to świetna okazja do poznawania masy nowych ludzi, ale chyba warto czasem zdjąć klapki z oczu – osoba „z zewnątrz” niekoniecznie jest idiotą interesującym się tą gorszą częścią popkultury. Przy tej okazji sam uderzę się w pierś, my bracia w nerdostwie mamy czasem skłonność do uważania się za inteligentów, którzy w przeciwieństwie do tępych mas są w stanie docenić walory mangi i/lub książek fantasy. Ta sytuacja jednak też się powoli zmienia, a pewne tematy, które dotychczas uważano za domenę nerdów znajdują sobie miejsce w zbiorowej świadomości. Wspomnę tylko ogromną popularność Gry o Tron, Harryego Pottera i filmy bazujące na komiksach Marvela, wbrew obiegowej opinii japońska animacja też nie jest już uważana za „chińskie porno-bajki”.

Skoro zacząłem się rozwodzić na tematy damsko-męskie to znak, że czas powoli kończyć notkę (zanim się do reszty skompromituję). Na zakończenie wspomnę o jeszcze jednej kwestii – Chuunibyou… było popularną serią i na pewno jeszcze przez wiele lat wszelkie anime o podobnej tematyce będą oceniane przez jej pryzmat. Nadmiar wyobraźni w wydaniu KyoAni to lukier i moe, ale na tą tematykę można też spojrzeć inaczej. Jeśli kogoś interesuje inne, nieco bardziej dramatyczne, podejście do tematyki chuunibyou to polecam obejrzeć względnie nowy film Aura: Maryuuinkouga Saigo no Tatakai. Moim zdaniem wydarzenia w filmie są przerysowane w drugą stronę niż w przypadku dzieła KyoAni, ale dla równowagi warto rzucić na niego okiem, a przy okazji można całkiem przyjemnie spędzić niecałe półtorej godziny.

Reklamy

3 Komentarze

  1. Pierwsze dwa odcinki pierwszej serii – czemu nigdy nie można się zmobilizować i dokończyć.
    Ze stwierdzeniem, że KnK było przyzwoite to bym trochę polemizowała, grafika miodna, ale fabuła już znacznie gorsza, zwłaszcza zakończenie. Postacie były skrajnie odpychające, jedna wielka znieczulica.

  2. Oglądałam tylko pierwszą serię Chu2, rozdrażniło mnie strasznie to, co w KnK – całkowity brak jakiegokolwiek rozwiązania fabularnego, wszystko na koniec wraca do statusu quo, bo a nuż naprodukujemy sequeli i PIENIĄDZEPIENIĄDZEPIENIĄDZE
    Jeżdżenie na konwenty w celu poszukiwania partnerów popieram, sama tak swojego znalazłam :) Aczkolwiek jakieś 90% konwentowiczów to ludzie z większymi lub mniejszymi problemami. Ja miałam szczęście trafić na gościa z tego pozostałego 10%, on tyle go nie miał ;)

  3. @Mysza
    KnK jest moim zdaniem „zaledwie” przyzwoite właśnie przez szwankującą fabułę. O ile jeszcze w połowie serii wszystko zdawało się mieć ręce i nogi to potem była to już jazda po równi pochyłej. Ech, mogło być naprawdę nieźle bo akurat postacie mi siadły, niekoniecznie dwójka głównych bohaterów, a raczej reszta gromadki.

    @SStefania
    Pogratulowć :). Może nie przesadzajmy z tymi 90%, na konie człowiek daje się trochę ponieść i wariuje nieco bardziej niż zwykle. W normalnej sytuacji ludzie pewnie nie wykazują symptomów „posiadania problemu” XD.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: