Pierwsze wrażenia – Outbreak Company

Ah te różnice kulturowe i wynikające z nich nieporozumienia.

Ah te różnice kulturowe i wynikające z nich nieporozumienia.

Shinichi jest typowym NEETem, który pasjonuje się takimi aspektami japońskiej popkultury jak anime, mangi i gry. Pewnego dnia odpowiada on na znalezione w internecie ogłoszenie o pracę. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej okazuje się, że pracodawca poszukuje pierwszorzędnego otaku i chłopak jest idealnym kandydatem. Bohater traci przytomność zanim ma okazję zapytać o szczegóły oferty. Gdy Shinichi odzyskuje zmysły znajduje się w krainie fantasy, a jego zadaniem ma być propagowanie wśród jej mieszkańców takich zdobyczy cywilizacji jak właśnie anime mangi i gry. Bohater dostaje więc swoje komnaty, usługiwać mu będzie półelfia pokojówka i ogrodnik jaszczuroludź. Wkrótce Shinichi staje przed obliczem władcy tego państwa, którym okazuje się kilkunastoletnia tsundere.

Komedie bazujące na nawiązaniach do popkultury są popularne od zawsze. Sam swego czasu byłem nimi dość mocno zainteresowany, nawet jeśli wielu popkulturowych nawiązań nie rozumiałem. Do Outbreak Company podchodziłem jednak ostrożnie bo tego typu serie zdążyły mi się już przejeść. Pierwsza styczność z serią nie wypadła najgorzej, ale jak na serie mającą być komedią to śmiesznych scen było jak na lekarstwo. Śmieszna jest raczej sama idea wrzucenia zatwardziałego otaku do świata, w którym co krok znajduje on urzeczywistnienie swoich fantazji. Tsundere loli? Proszę bardzo. Półelfka w stroju francuskiej pokojówki? Już podaję. Problem jest taki, że w pierwszym odcinku praktycznie nic się nie działo i zwyczajnie się dłużył.

Naprawdę nigdy się nie dowiem o co chodzi z tymi wierzchowymi ptakami w japońskim fantasy.

Naprawdę nigdy się nie dowiem o co chodzi z tymi wierzchowymi ptakami w japońskim fantasy.

Trudno przewidzieć czy seria będzie miała jakąkolwiek fabułę. Jak na razie wygląda na to, że bohater będzie podsuwał mieszkańcom nowego świata pod nos kolejne mangi przy okazji sam rozpływając się z zachwytu. Shinichi został jednak mianowany dyrektorem firmy, która my do zrealizowana określone zadanie – ma prowadzić wymianę kulturalną i handlową z nowym krajem, a on sam ma status ambasadora i każda jego wpadka może mieć znaczenie dla wzajemnych stosunków Japonii i Imperium Eldant. Sam bohater jest też w zasadzie zakładnikiem; jeśli nie wywiąże się ze swoich obowiązków to zwierzchnicy nie pozwolą mu wrócić do domu. Przypuszczam jednak, że Shinichi nie miałby nic przeciwko pozostaniu na zawsze w świecie elfów i smoków. Delikatnie zaznaczono też, że nie wszyscy mieszkańcy Imperium są pozytywnie nastawieni do przybyszów co stanowi kolejny zalążek intrygi.

Podczas oglądania rzuciła mi się w oczy jednak rzecz. Cała kultura „moe” jest prezentowana w serii jako największe osiągnięcie cywilizacji przełomu XX i XXI wieku i najwspanialsza rzecz jaką ludzkość ma do zaoferowania mieszkańcom innych światów. Stwierdzenie, z którym zgodzi się cała rzesza fanów, ale które budzi pewien niesmak gdy się nad nim trochę głębiej zastanowić. Nie ma jednak co przesadnie rozwodzić się na tym faktem, Outbreak Company to w założeniach komedia, która ma bawić. Problem w tym, że jak na razie seria jest zwyczajnie nieśmieszna. Kreska jest co prawda przyjemna dla oka, a bohaterowie dość sympatyczni, fabuła i humor może się jeszcze rozkręcą, a odnajdywanie popkulturowych nawiązań też potrafi dostarczyć rozrywki. Przy całej mojej sympatii do serii fantasy chyba jednak dam sobie spokój.

Reklamy

2 komentarze

  1. Czyli aspekt, który miał tą serię pociągnąć do przodu (humor) nie wypalił, a cała reszta wypada przeciętnie. Bardzo dziękuję za PW – zaufam Twojej opinii, czyli przynajmniej mam jedną serię mniej do sprawdzenia :)

    Pozdrawiam ^^

    PS: „Naprawdę nigdy się nie dowiem o co chodzi z tymi wierzchowymi ptakami w japońskim fantasy.” No nie? Nieśmiertelne Chocobosy ;>

  2. Mnie się spodobało, że przynajmniej nie silili się na powagę i dramatyczne elementy – niby mamy ten gatunkizm, ale jakoś tak przelotnie, najważniejsze są żarciochy i majciochy. Takie sobie, to prawda, ale dobrze, że seria nie próbuje być czymś więcej, bo by im nie wyszło. Tak, jak nie wychodzą żarty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: