„O tym, że dobre chęci to za mało” – Guilty Crown

Moja przygoda z Guilty Crown zaczęła się w październiku zeszłego roku. Tytuł ten od pierwszego odcinka zaskarbił sobie moją sympatię za sprawą ciekawie umiejscowionej akcji, oprawy graficznej oraz fabuły, która dobrze rokowała na przyszłość. W kilku pierwszych odcinkach Guilty Crown obiecało mi zaprezentować mnóstwo scen akcji, wyrazistych bohaterów oraz złożoną, epicką fabułę. Niestety, w praktyce okazało się, że wielu z tych obietnic seria (pomimo starań) nie zdołała dotrzymać.

Tom Cruise po japońsku (ktoś jeszcze pamięta Raport Mniejszości?)

Rok 2039. 10 lat po katastrofie znanej jako „Lost Christmas” Japonia ciągle boryka się z epidemią tajemniczego wirusa i jest uzależniona od pomocy międzynarodowych organizacji. W praktyce Kraj Kwitnącej Wiśni przestał być niepodległym państwem, a wielu Japończyków traktuje siły porządkowe jak okupantów i podejmuje walkę o wyzwolenie kraju spod ich jarzma. Głównym bohaterem serii jest cichy i skromny nastolatek Shu, który pewnego dnia spotyka tajemniczą dziewczynę imieniem Inori. Za jej sprawą chłopak zdobywa tajemniczą moc pozwalającą mu na pozyskiwanie potężnego oręża i narzędzi z wnętrza innych ludzi. Podążając za Inori, obdarzony „mocą królów”, Shu przyłącza się do jednej z terrorystycznych organizacji by walczyć o lepsze jutro dla swoich rodaków.

Guilty Crown to seria anime licząca sobie 24 odcinki. Mamy okazje śledzić perypetie Shu, który próbuje odnaleźć się w nowej dla siebie sytuacji, dostosować do metod walki rodem z partyzantki i odkryć prawdziwą naturę swojej nowej mocy. Przy okazji poznajemy kolejne tajemnice dotyczące incydentu „Lost Christmas”, śledzimy intrygę snutą przez członków organizacji GHQ oraz przypatrujemy się jak Shu usiłuje wyjść ze swojej roli strachliwego ciamajdy. Trzeba przyznać, że seria potrafi mocno rozbudzić zainteresowanie: mamy nastolatków toczących nierówną walkę o słuszną sprawę, tajemnicze moce, intrygę, podejrzane organizacje i wiele innych smaczków dla miłośników science-fiction. Teoretycznie jest tu wszystko czego potrzeba do stworzenia rozrywkowej serii pełnej akcji i efektów specjalnych. Jest świetnie dopóki po kilku odcinkach nie staje się jasne, że twórcy (choć mieli masę fajnych pomysłów) poświęcili stanowczo za mało czasu na dopracowanie swojego projektu, przemyślenie wszystkich wątków i rozplanowanie akcji. Szybko okazuje się, że Guilty Crown to seria bardzo nierówna, a wiele odcinków sprawia wrażenie niewiele wnoszących zapychaczy czasu antenowego. Sama fabuła, choć ciekawa, jest pełna dziur, nieuzasadnionych zwrotów akcji i zupełnie niepotrzebnych elementów.

Inori - ładnie wygląda, mało mówi i od czasu do czasu wymaga uratowania. Prawie jak wzorcowa bohaterka anime z rodzaju shounen.

Do fabuły, którą można podsumować zdaniem: „staraliśmy się, ale trochę nam nie wyszło” świetnie pasują bohaterowie. Shu jest klasycznym przedstawicielem gatunku nieśmiałego, ale w miarę sympatycznego japońskiego nastolatka, z którym widz teoretycznie powinien się móc łatwo identyfikować. Jednak pewne jego cechy, takie jak nieporadność i strachliwość, wyolbrzymiono do takich rozmiarów, że bohater często wzbudza lekką irytację. Na szczęście z czasem przechodzi on przemianę i wychodzi ze swojej skorupy. Nowe wcielenie chłopaka nie jest jednak w stanie sprawić, że widz zapomni o tym wkurzającym i niezdecydowanym gówniarzu, którym Shu był jeszcze kilka odcinków temu. Główna żeńska bohaterka wcale nie jest lepsza. Teoretycznie Inori miała być małomówną nieznajomą otoczoną aurą tajemniczości, w praktyce pełni jednak tylko ozdobną rolę ograniczając się do paradowania w wydekoltowanych sukienkach i mówienia równoważnikami zdań. Jej obecność można by na dobrą sprawę zignorować gdyby nie fakt, że Shu jest ową tajemniczą pięknością zainteresowany i pojawia się ona na ekranie nader często. Sytuację częściowo ratują bohaterowie drugoplanowi, którzy są o wiele bardziej wyraziści i różnorodni – każdy, niezależnie od gustów, powinien sobie móc znaleźć wśród nich jakiegoś ulubieńca. Jest w czym wybierać: mamy nieco nadpobudliwą hakerkę, psychopatycznego pilota mecha, kolegów i koleżanki ze szkoły, do której uczęszcza Shu, a w końcu chłodnego i opanowanego przywódcę ruchu oporu.

Ogień, wybuchy, zniszczone mechy... a pośrodku tego Shu - licealista ciamajda.

Pomimo ewidentnie wybrakowanej strony fabularnej Guilty Crown jest serią bardzo dopieszczoną od strony technicznej. Animacja i efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, a sceny wspomagane animacją komputerową ładnie komponują się z resztą. Kiedy Shu używa swojej mocy towarzysza temu efekty, które naprawdę robią wrażenie, podobnie jest podczas wszelkich scen akcji, pościgów, wybuchów, strzelanin. Wszystko okraszone jest świetną i różnorodną muzyką, która bardzo dobrze dopasowuje się do sytuacji na ekranie. Pokuszę się o stwierdzenie, że soundtrack Guilty Crown jest jednym z lepszych jakie zdarzało mi się słyszeć w ostatnich latach. Fanom japońskiej muzyki na pewno spodobają się też utwory wykorzystywane jako openingi i endingi do serii.

Szczerze przyznam, że grupka "badassów" była nader sympatyczna.

Sporo narzekałem na nieprzemyślaną fabułę i kiepsko wykreowanych bohaterów, ale mimo to nie mogę powiedzieć, że Guilty Crown jest serią złą. Moje rozczarowanie wynika z faktu, że seria ta miała ogromny potencjał, który w dużej mierze pozostał niewykorzystany. Zaprezentowana historia posiada jednak parę silniejszych elementów, można też przymknąć oko na kilka słabszych odcinków, a bohaterów obdarzyć większym kredytem zaufania – otrzymamy wtedy niezłą, nieco młodzieżową serię przygodową. Muszę nawet przyznać, że zakończenie w miarę zgrabnie podsumowuje wszystkie wątki i jest w jakimś stopniu satysfakcjonujące. Jeśli miałbym wystawić serii ocenę to mimo wszystko (odwołując się do skali stosowanej na MALu) zdecydowałbym się na 6/10 – Guilty Crown jest w stanie lekko wybić się ponad przeciętność, ale głównie za sprawą oprawy graficznej. Podsumuję moje wywody w ten sposób:

Czy oglądanie Guilty Crown to strata czasu? Raczej nie.

Czy można znaleźć lepsze anime w podobnych klimatach? Zdecydowanie tak.

Reklamy

2 komentarze

  1. Z każdym Twoim postem uświadamiam sobie, że jesteś chodzącym pomnikiem optymizmu ;) Wydaje mi się, że zawsze we wszystkim pokładasz nadzieję. Ja niestety oceniłabym tę serię znacznie niżej (z tym, że zaznaczam, że ja jestem chodzącym pomnikiem pesymizmu). Po pierwsze mnie jednak fabuła strasznie wynudziła, a po drugie już dawno do żadnych bohaterów nie podchodziłam z takim uprzedzeniem. Inori wkurzała mnie od kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłam (to pewnie za sprawą różowych włosów i tego, że tak niewiele mówiła), a Shu to jednak typowy przedstawiciel znienawidzonej przeze mnie postawy „od zera do bohatera”. No i ja jednak myślę, że obejrzenie Guilty Crown było z mojej strony stratą czasu.

    Pozdrawiam :)

  2. Pewnie w oczach większości dzieci – nazywających się miłośnikami anime – twoja ocena GC jest herezją.

    Mimo to trudno się z tobą nie zgodzić. Jestem pod wrażeniem, że chciało się tobie pisać o tak przeciętnym tytule (i to jeszcze z opóźnieniem :P).

    Po przeczytaniu recenzji nie mam nic więcej do dodania. Ocena zbieżna z moją.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: