W świecie Zapomnianych Krain

Zebrało mi się ostatnio na zrobienie małego przeglądu zawartości szaf i półek w moim pokoju. Przy okazji miałem okazję przejrzeć małą kolekcję książek fantasy jakie udało mi się zgromadzić oraz przypomnieć jakie to wspaniałe (ale też całkiem przeciętne) dzieła miałem niewątpliwą przyjemność czytać przez te wszystkie lata interesowania się fantastyką. Znaczącym etapem rozwoju mojego hobby, oprócz fascynacji twórczością Tolkiena i Sapkowskiego, było upodobanie do książek firmowanych znakiem Forgotten Realms.

O ile początków mojej przygody z literaturą fantastyczną można się dopatrywać w książkach Juliusza Verne’a to pierwszą książką fantasy jaką przeczytałem w pełni świadomie był Władca Pierścieni. Potem przyszedł etap fascynacji czymkolwiek co miało jakikolwiek związek z fantastyką, a moje wycieczki do biblioteki kończyły się wypożyczaniem całej masy przypadkowych książek z działu „fantastyka”. Zdaje się, że już kiedyś o tym wspomniałem, ale patrząc z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że przeczytałem wiele dość przeciętnych lub nawet kiepskich książek, na które obecnie nawet bym nie spojrzał :D. Faktem jest jednak to, że mając jeszcze naście lat lubiłem książki osadzone w Zapomnianych Krainach.

Zanim przejdę dalej wspomnę może krótko o tym czy są Zapomniane Krainy. Początków tego świata fantasy można się dopatrywać w latach 60 i 70 oraz osobie Eda Greenwood’a, który osadzał w tym świecie swoje, pisane do szuflady, opowiadania. W późniejszych latach Greenwood zaangażował się we współpracę z twórcami gry fabularnej Dungeons & Dragons, a Zapomniane Krainy stały się światem , w którym gracze mogli przezywać swoje przygody. Wraz ze wzrostem popularności gier fabularnych i pojawianiem się kolejnych edycji D&D rosła też popularność Krain. Powstało także wiele gier komputerowych osadzonych w tym świecie (Baldur’s Gate, Neverwinter Nights), a dla wielu pisarzy gra i świat krain zaczął stanowić źródło inspiracji.

Krainy ewoluowały wraz z pojawianiem się kolejnych artykułów pisanych przez Greenwooda oraz wraz z publikacją kolejnych książek. Ten pseudo-średniowieczny świat, pełen magii, starożytnych mocy, mrocznych bóstw i opuszczonych ruin, stał się bardzo atrakcyjnym miejscem dla herosów poszukujących fortuny i chwały, walczących ze złem i dążącym do zdobycia potęgi. Można co prawda powiedzieć, że wiele elementów tego świata nie trzyma się kupy, nie ma za grosz wiarygodności i jest po prostu naiwnych. Nie zmienia to jednak faktu, że wielu bohaterów, którzy pojawiali się w krainach stało bardzo znanych wśród fanów fantasy na całym świecie. Mam tu na myśli choćby starego arcymaga Elminstera, wybrańca bogini magii oraz renegackiego mrocznego elfa Drizzta.

Tak przedstawiono Drizzta w podręczniku do trzeciej edycji Dungeons & Dragons.

To właśnie przygody Drizzta były moją pierwszą stycznością z książkami firmowanymi znakiem Forgotten Realms. Sama koncepcja mrocznych elfów; czarnoskórych i białowłosych, cynicznych i egoistycznych, żyjących w społeczeństwie rządzącym się bardzo specyficzną hierarchią, wydała mi się w owym czasie tak intrygująca i nowatorska. Sam bohater, stworzony przez R. A. Salvatore, jest buntownikiem, który wbrew swoim pobratymcom zdecydował się być dobrym i szczerym wojownikiem o słuszną sprawę. Zbuntowany bohater, mistrz szermierki, obrońca uciśnionych, wraz z kompanią pokonujący zastępy orków, ogrów, demonów, czarnoksiężników – to materiał na świetną książkę przygodową dla młodzieży. Tym bardziej, że Salvatore miał wielką fantazję i talent do opisywania akrobatycznych wyczynów, które Drizzt wykonuje podczas walki. Tak dobrze napisane książki, pełne akcji, o raczej nieskomplikowanej fabule (za to zawierające bardzo wyrazistych bohaterów) bardzo dobrze działały na wyobraźnię nastolatka, który był zafascynowany wszystkim co miało cokolwiek wspólnego z hasłem „fantasy”. Przygody sławnego mrocznego elfa są kontynuowane – Salvatore ciągle pisze nowe książki i opowiadania z jego udziałem. Przyznam jednak, że dzisiaj, po przeczytaniu kilkunastu książek o jego przygodach, nie patrzę już na Drizzta z taką sympatią. Ciągle przeżywa on te same, naiwne dylematy, akcja w dużej mierze sprowadza się do masowej (acz atrakcyjnie przedstawionej) eksterminacji przeróżnych potworów, a fabuła w kolejnych tomach wymaga dopracowania. Nie zmienia to jednak faktu, że do dziś poleciłbym twórczości R. A. Salvatore nastoletnim fanom fantasy, także tym, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z gatunkiem – mnie samemu dostarczył on masę rozrywki i do dziś patrzę z rozrzewnieniem na moją (nieco już wymiętą) Trylogię Mrocznego Elfa.

Trzeba przyznać, że książek spod znaku Forgotten Realms jest cała masa. Nie dziwi zatem fakt, że można wśród nich znaleźć książki zarówno dobre jak i całkiem kiepskie (znajomy zwykł nawet mawiać, że te książki sprzedaje się na kilogramy :D). Zdarzało mi się czytać bardzo słabe opowiadania i całe serie książek, których nie ratuje nawet mój sentyment do D&D i Zapomnianych Krain. Taka na przykład Trylogia Powrót Arcymagów jest słabo napisanym i nieprzemyślanym zapisem dziejów pewnego elfa, który uczy się zakazanej i tajemniczej formy magii by przeciwstawić się najazdowi potężnych, władających magią stworów. Bohater teoretycznie jest bardzo rozdarty i przeżywa wielki dramat bowiem nurzanie się w cienistej magii wypacza jego umysł i duszę… jednak książka jest napisana z tak wielkim „polotem”, że losy bohatera są nam doskonale obojętne. Książki nie ratują wcale sceny batalistyczne (a tych jest sporo) – opisy bitew są lakoniczne, pamiętam także, że podczas lektury ciągle miałem wrażenie, że autor zaraz zasypie mnie jakże kwiecistym opisem pełnym żargonu stosowanego przez osoby grające w Dungeons&Dragons w stylu: „bohater rzucił jeszcze na pole bitwy dwie kule ognia, każda zadała około 40 obrażeń, jednak jeden wróg zdał test odporności na czary” :D.

Naszła mnie refleksja, że to właśnie dzięki obecności słabych książek jesteśmy w stanie zachwycić się dziełami naprawdę wybitnymi. Życie byłoby też nudne gdyby każda książka, którą weźmiemy do ręki okazywała się arcydziełem. Uważam też, że nie powinno się skreślać literatury firmowanej znakiem Forgotten Realms za sprawą kilku „czarnych owiec”, a kiepska książka może wyjść spod pióra każdego autora, niezależnie od źródła jego inspiracji. Kierując się stereotypami można przeoczyć kilka naprawdę ciekawych książek – na przykład tych autorstwa Elaine Cunningham.
… Tak, fajnie się pisze takie mądrości – gorzej z ich zastosowaniem w praktyce. Sam nie mogę się przemóc by sięgnąć po którąś z popularnych obecnie młodzieżowych serii fantasy – łapię się na myśleniu, że „za moich czasów wszystko było lepsze” :D.

Reklamy

3 komentarze

  1. Zabawne. Tak właściwie to też swego czasu przeżywałem fascynację fantastyką od wydawnictwa Isa. Tyle że to było jeszcze przed przeczytaniem Wieśka i Władcy Pierścieni z Hobbitem. I – co zabawniejsze – też zaczęło się to od Drizzta, tyle że od trylogii Klingi Łowcy (pierwszy tom ma świetną okładkę).
    Z ciekawości poszukałem tych cudeniek na półce i oto co jest napisane na pierwszej stronie tomu „Tysiąc Orków” przy opinii z Game Informera- „Zjada hobbitów na śniadanie i sprawia, że Sauron wydaje się bezradną figurką”. Heh, prawda. Kiedyś czytało się to jak jakiegoś zdobywcę Nike, Nobla czy innego Oskara (ciekawe czy gościu z Game Informera też wtedy przeżywał ten okres życia). Twój znajomy zgrabnie to określił. Tyle tego było, że teraz łatwiej by mi było podać ilość „przeczytanych” kilogramów aniżeli tytułów. Tym bardziej, że większość z nich przeczytałem bez kupowania w Empiku i nawet nie pamiętam tytułów.
    Więcej czasu niż przy Forgotten Realms spędziłem przy powieściach z Warhammera. Jest tak fajnie napisany, że tam głównym bohaterem jest zawsze jakaś określona profesja z erpega. Choć z perspektywy czasu ciężko nazwać te książki inaczej niż fantastyka kategorii C (w porywach do B), to cieszę się że zainteresowały mnie erpegami i bitewniakami.
    Ze współczesnych serii fantasy przeczytałem jedynie Malowanego Człowieka, przy czym on rzeczywiście jest świetny. No i tłumaczenie pana Marcina Mortki.

  2. Tak, książki tego cyklu potrafią wciągnąć. Czytając jakąkolwiek z nich miałam ochotę znaleźć się w tym świecie (i zabijać wrogów). A z książkami nie można postępować wg. rankingu dobre książki i podrzędne (choć dopuszczam, że istnieją takie, których naprawdę nie da się przeczytać). W każdej książce można znaleźć coś ciekawego, jakieś przesłanie, a nieczęsto po prostu czuje się do nich pewien sentyment. Mimo, iż wiele książek przeczytałam, zawsze z ciekawością pożeram książki z Forgotten Realms.

    1. Do wielu Forgottenów mam ciągle ogromny sentyment, ale przyznam, że z biegiem lat zacząłem bardziej doceniać krótką formę, a nie wielotomowe powieści. Jest kilku autorów, którzy napisali do różnych antologii bardzo fajne, krótkie opowiadania idealne na jeden wieczór.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: