„LA ILAHA ILL-ALLAH…” – „Żmija” Andrzeja Sapkowskiego

Wiedźmin Andrzeja Sapkowskiego był jedną z pierwszych książek fantasy jakie przeczytałem gdy mając kilkanaście lat zaczynałem coraz bardziej wsiąkać w ten świat. Kilka lat później, po wydaniu Trylogii Husyckiej moja fascynacja autorem powróciła bo choć perypetie Reinmara z Bielawy raczej mało przypominały przygody Geralta to w książce dalej wyraźnie czuło się charakterystyczny styl Sapkowskiego, który tak przyciągał do wiedźmińskiej sagi. Potem o autorze zrobiło się cicho. Wielki powrót jakim miała być Żmija zaskoczył mnie wysypem bardzo niepochlebnych recenzji; gdzieś przeczytałem nawet wypowiedź, w której sugerowano, że po osiągnięciu pewnego wieku pisarzom powinno się zabierać klawiatury! Zwykle nie zrażam się jednak krążącymi w sieci opiniami, a do Żmii przymierzałem się od dłuższego czasu.

Wydawnictwo zdążyło przyzwyczaić czytelników do papieru ekologicznego. Tym razem nie robi wyjątku.

Na pewno najbardziej rewolucyjnym elementem nowej powieści Sapkowskiego jest jej tematyka. Książka opowiada o wojnie w Afganistanie, gdzie tu miejsce dla fantastyki? Okazuje się jednak, że ten daleki kraj jest bardziej tajemniczy niż mogłoby się wydawać. Każdy najeźdźca, który próbował się w nim panoszyć był srogo doświadczany. Nie było łatwo Aleksandrowi Wielkiemu, pod koniec XIX wieku Brytyjczycy ponosili tam ciężkie straty, a Sowieci podczas swojej interwencji 20 lat temu stracili tam ponad 13 tysięcy żołnierzy. Nawet teraz Afganistan stanowi ciężki orzech do zgryzienia dla sił międzynarodowych.

Większa część akcji przybliży nam dzieje radzieckiego chorążego Pawła Lewarta (będącego polskiego pochodzenia). Za sprawą swoich paranormalnych zdolności (a także spotkanej przypadkiem złotej żmii) przeżywa on dziwne wizje i bierze udział w walkach u boku Aleksandra Wielkiego oraz sił brytyjskich. Czym albo kim jest tajemnicze zwierzę, które tak silnie wpływa na bohatera? Czy uda mu się przeżyć do końca służby? Jak wielu z jego towarzyszy broni będzie miało tyle szczęścia i wróci do domu w jednym kawałku? Odpowiedzi na te pytania należy się doszukać czytając Żmiję.

Szczerze mówiąc nie dziwię się, że powieść zebrała tak dużo niepochlebnych recenzji wśród fanów autora. Wszyscy oczekiwali fantastycznej przygody na miarę Wiedźmina, a dostali wojenną historię, w której na elementy fantasy trzeba długo poczekać. Na dodatek pierwsze zetknięcie ze Żmiją to „twarde lądowanie”; Sapkowski już od pierwszej strony raczy czytelnika ogromną ilością wojskowego żargonu i rosyjskimi zwrotami. Na końcu książki znajduje się co prawda słowniczek wyjaśniający znaczenie skrótów i wyrażeń, ale sięganie do niego co pół strony skutecznie redukuje przyjemność z czytania. Przyznam, że przedarcie się przez trzecią część książki było dla mnie wyczynem na miarę przetrwania zasadzki afgańskich bojowników. Szybko postanowiłem ignorować niezrozumiałe określenia, a swoją styczność ze słowniczkiem ograniczyłem do przeglądnięcia go przed przystąpieniem do lektury. Po jakimś czasie udało mi się jednak przyzwyczaić do specyficznego języka jakim posługują się bohaterowie i nie raził on już tak bardzo.

Duża ilość nieprzystępnego wojskowego żargonu to w zasadzie jedyny zarzut jaki można wysunąć pod adresem Żmii. Książka mimo wszystko zawiera cechy charakterystyczne dla innych dzieł Sapkowskiego takie jak ironizowanie, cięte riposty i całkowity brak idealizowania. Autor ukazuje realia wojenne bez żadnego ubarwiania, już od pierwszej strony daje czytelnikowi odczuć jakim paskudnym miejscem jest pole bitwy. Kiedy jednak przechodzi do motywów fantastycznych jego proza staje się tajemnicza, a sceny przypominają marzenie senne czy wręcz koszmar. Wizje Lewarta i sama obecność tytułowej żmii od początku zdają się czymś nie z tego świata, czymś skrajnie niebezpiecznym, ale i pociągającym.

Napisałem kilka pochwał, ale tylko w teorii wszystko wygląda tak fajnie. Wiem, że porównywanie Żmii do poprzednich dzieł pisarza jest dla niej krzywdzące, ale styl nowej powieści jest tylko echem tego do czego zdążył przyzwyczaić nas autor. Może to kwestia bardzo wysoko ustawionej poprzeczki, ale Żmija niestety nie dorównuje poprzednim dziełom Sapkowskiego. Z drugiej jednak strony skreślanie jej tylko dla tego, że na początku zamiast magii i średniowiecza serwuje nam współczesne pole bitwy także jest nie na miejscu. Książka okazuje się całkiem niezła jeśli nie rzuci się jej w kąt po pierwszych pięćdziesięciu (czy nawet stu) stronach. Na pewno sprawia wrażenie, że została napisana dla fanów militariów, a nie fantastyki, ale to tylko pozory – każdy fan prędzej czy później znajdzie w niej coś dla siebie. Moim zdaniem fani twórczości Sapkowskiego powinni czytając Żmiję unikać porównywania jej z poprzednimi dziełami autora. Jednak zaczynanie przygody z Sapkowskim od Żmii także nie wydaje się genialnym pomysłem… W skrócie: pozycja wypada przyzwoicie, ale w żadnym wypadku nie jest obowiązkowa.

Reklamy

3 komentarze

  1. O „Żmii” czytałam w magazynie „fantastyka”. Po przeczytaniu opisu jednoznacznie powiedziałam sobie „nie”. Nie lubię książek gdzie broń palna odgrywa pierwszoplanową rolę, poza tym cała fabuła opiera się na współczesnym wojsku. Jednak pomimo negatywnego nastawienia do tej książki, autor „Żmii” jest na pewno ogromnym plusem, ponieważ A. Sapkowski świetnie prowadzi akcję jako narrator, niezależnie od „jakości” wydarzeń.
    Po przeczytaniu Twojej recenzji naszła mnie jednak ochota na zapoznanie się choćby z pierwszym rozdziałem tej powieści. Raz kozie śmierć ;)

    1. Uważam, że naprawdę warto rzucić okiem na „Żmiję”, szczególnie jeśli ceni się Sapkowskiego. Tak jak wspomniałaś autor świetnie prowadzi narrację i nawet jeśli nie przepada się za realiami współczesnego pola bitwy to akurat pod względem narracji raczej nie można się rozczarować.
      Raz kozie śmierć :D. A dla Sapkowskiego warto spróbować :).

  2. „Żmii” nie czytałam, jeszcze, choć niewątpliwie pewnego dnia po nią sięgnę. Z uwielbienia do twórczości wcześniejszej Sapkowskiego, do sagi o Wiedźminie, do języka i specyficznego sposobu nawiązywania do dawnych baśni, legend, podań, do zabawy z czytelnikiem, a rozszerzając to ostatnie, z czytelnikiem inteligentnym i oczytanym, w dzieciństwie z baśniami osłuchanym. Zdaję sobie sprawę, że powieść najnowsza jest czymś zupełnie innym, wychodzi jednak z głowy tego samego autora. Porównywanie do twórczości wcześniejszej uważam za krzywdzące – bo skoro autor nie ma ochoty tkwić w świecie czysto fantastycznym, skoro coś innego przykuło jego uwagę, a pisać chce dalej, to dlaczego miałby tego nie robić? Znajdzie – co najwyżej – nową grupę odbiorców.

    Odnośnie wojskowego żargonu czy wplatanych słów z języka rosyjskiego – jak dla mnie, może to być całkiem interesujące. Właśnie skończyłam czytać „47. samuraja” Stephena Huntera, powieść, w której bohaterem głównym jest były snajper z Wietnamu. I też w pierwszej chwili myślałam, że tematyka nie moja – bo II Wojna Światowa i bitwa o Iwo Jima, bo Wietnam, bo wojsko, bo służby specjalne. I co? I książka okazała się najlepszą, jaką w roku 2010 przeczytałam. Pozory i wcześniejsze nastawienie mylą.

    Pozdrawiam!:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: