O tym jak soundtrack odświeża wspomnienia

Poszukując dobrego podkładu muzycznego do zbliżającej się sesji w klimatach magical girls (tak, udało mi się zebrać graczy i pokonać swoje lenistwo) słuchałem soundtracków z różnych animowanych seriali, które miałem okazję oglądać w ostatnich latach. Zupełnie przypadkiem na pierwszy ogień poszedł soundtrack z Full Moon wo sagashite. Serię tę oglądałem chyba 3 lata temu i pomimo wielkiego wrażenie jakie na mnie wywarła to zdążyła się już nieco zatrzeć w mojej pamięci. Wystarczyło jednak 5 sekund openingu bym przypomniał sobie większość wątków, po kilku kolejnych kawałkach z albumu naszła mnie przemożna ochota obejrzenia Full Moon po raz kolejny (i wcale nie zraziła mnie myśl, że to 52-odcinkowy tasiemiec). Po kilku minutach zacząłem przegrzebywać internet w poszukiwaniu informacji na temat ewentualnych planów wydania mangi będącej podstawą wspomnianego tytułu w naszym pięknym kraju. Trafiłem jedynie na niepotwierdzone informacje jakoby wydawnictwo Egmont miało wydawać Full Moon wo Sagashite po zakończeniu serii wydawniczej Kamikaze Kaito Jeanne (obie mangi są autorstwa Ariny Tanemury). Jednak wszystkie tomiki KKJ ukazały się już niemal 3 lata temu i od dawna zdobią moją półkę, a o Full Moon ani widu ani słychu… Google pokazało mi jeszcze odnośnik do pewnego bloga, na którym autorka zachwala pewną księgarnię internetową sprowadzającą mangi (i nie tylko) z zagranicy i wyraża swoją radość po otrzymaniu 3 tomików angielskiego wydania Full Moon właśnie. Nie wchodziłem w szczegóły oferty bo nie chciałem przeżyć szoku związanego z ceną takiej operacji (po ostatniej promocji na tytuły wydawane przez Anime Gate na Merlinie moje zasoby pieniężne troszkę zmalały). Po tym zawodzie nie pozostawało mi nic innego jak tylko westchnąć głośno i powrócić do szukania odpowiedniego podkładu muzycznego na sesję.

Kolejnym tytułem, soundtrack którego przyprawił mnie o nagły atak sentymentalizmu jest Strawberry Panic. Było to pierwsze yuri z prawdziwego zdarzenia jakie miałem okazję oglądać i jest w czołówce mojej osobistej (dość krótkiej jednak) listy najlepszych yuri (doceniam Maria-sama ga miteru, ale nie jestem jej wielkim fanem). Na pewno można się przyczepić do wielu rzeczy czy nieścisłości jakie to anime serwuje widzowi, ale ja naprawdę nie mam do tego serca. Z resztą, po tych dwóch latach nie umiem sobie nawet przypomnieć nic co mogło mi się nie podobać. Bohaterki zapamiętałem jako niezwykle urocze i nie przeszkadzała mi kreska, dzięki której mogły się wydawać (przynajmniej na początku) wręcz anorektyczne.  Soundtrack nie jest może wybitny i wątpię czy wykorzystam na sesjach więcej niż kilka utworów, ale na samo anime zawsze będzie miejsce na mojej półce.

O ile przy soundtrackach z Mai-Hime i Jigoku Shoujo zatrzymałem się na dłużej to jakoś nie zatęskniłem za oglądaniem tych serii.

Jigoku Shoujo jest dobrą serią o ludzkich słabościach i pierwiastku zła, który tkwi w każdym z nas. Główna bohaterka jest bardzo charakterystyczna; stwarza nieco upiorne wrażenie zaś jej głos i wypowiadane kwestie świetnie współgrają ze sobą. Całość perfekcyjnie komponuje się z muzyką, ale fabuła jest epizodyczna i trudno oglądać więcej niż 1 czy 2 odcinki jeden po drugim. Uważam, że serię lepiej dawkować sobie małymi porcjami. Nie przypuszczam jednak bym zabrał się w przyszłości za powtórkę seansów z piekielną dziewczyną, tym bardziej, że dwa kolejne sezony jakoś nie wzbudziły u mnie większego zainteresowania i nie zerknąłem nawet na pojedyncze ich odcinki.

O ile Mai-Hime było anime genialnym to uważam, że chyba z niego wyrosłem :D. Wszystko dalej wydaje się być bardzo atrakcyjne; młode, zgrabne dziewczęta walczące z potworami i między sobą w towarzystwie mecho-podobnych stworów, postaci nie da się nie lubić, fabuła składna i ciekawa, ładne graficznie i muzycznie – złego słowa nie można powiedzieć. Są nawet wątki yuri! Ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu przestały mnie ostatnio kręcić takie przygodowe historie pełne akcji (no, może oprócz Tales of the Abyss), ostatnie szukam czegoś innego, jakiś romansideł (:P) albo tytułów „ambitnych”, z podwójnym dnem i mnóstwem metafor czy odniesień.

Na koniec zaserwowałem sobie soundtrack z Death Note. Tutaj też jest sporo dobrych kawałków, które aż proszą się do wykorzystania na sesji, ale tu akurat nawet przez myśl mi nie przeszło zabrać się powtórnie za oglądanie. Wszystko za sprawą obecnie wydawanej na naszym rynku mangi (będącej pierwowzorem anime). Dowiedziałem się o planach jej wydania kiedy obejrzałem już wszystkie odcinki anime. Pluję sobie w brodę do dziś… czytam mangę, ale fabułę już znam za sprawą ekranizacji. Obiecałem sobie, że nie tknę ponownie tego tytułu (skądinąd świetnego) dopóki nie będę miał w ręce ostatniego tomiku mangi, a potem wydam końcowy osąd co lepsze. Na razie pozostało mi tylko wypatrywanie rozbieżności pomiędzy anime i mangą i cierpliwe czekanie na tomik 9, który ma się ukazać lada dzień.

Widzicie jakie konsekwencje może mieć szukanie odpowiedniej muzyki na sesję? Co biedny MG musi przeżywać gdy dokłada starań by sesja była udana… Eh, od tego wszystkiego nabrałem ochoty na porządny romans i zabieram się za ef –  a tale of melodies.

Na koniec macie w podarku tapetę z bohaterkami Strawberry Panic, znalezioną na niezastąpionym image boardzie. Klikać w obrazek.

Blog Mirasa popiera yuri.

Blog Mirasa popiera yuri.

PS. Maria Holic odcinek 9 – obejrzane, notka czeka na lepsze czasy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: