Zacznę może od krótkiej informacji. Otóż jakiś czas temu na blogu została opublikowana dwusetna notka (ta ma numer 203). Zupełnie nie zwróciłem na ten fakt uwagi i zapomniałem umieścić stosowną informację. Niemniej, zdałem sobie sprawę, że 200 wpisów na blogu to takie małe osiągnięcie, z którego można być dumnym :).
Przejdźmy teraz do właściwego tematu notki. Mam ostatnio sporo wolnego czasu (tak zwykle mają absolwenci humanistycznych kierunków studiów nieudolnie poszukujący pracy w zawodzie) i umilam go sobie na różne sposoby: staram się czytać więcej książek niż w ostatnich miesiącach, kilka dni temu postanowiłem wypróbować grę MMORPG Aion: The Tower of Eternity, a przede wszystkim staram się łyknąć trochę dobrego (a w uzasadnionych przypadkach także kiepskiego) kina. Dziś napiszę o dwóch filmach, które dostarczyły mi rozrywki w ostatnim czasie.
Niejako przypadkiem rzuciłem dziś okiem na to jakie filmy ostatnimi czasy pojawiły się w kinach. Niestety nie ma co liczyć na to, że nowości szybko zawitają do kina w mojej miejscowości… a szkoda, bo obraz i dźwięk mamy lepszy niż w niejednym masowym molochu – problemem jest tylko repertuar. No, ale przeglądając co tam ostatnio weszło na ekrany spostrzegłem dwa filmy, które może i nawet skłoniłyby mnie do wycieczki za miasto. Spoglądając jednak na sprawę realistycznie to chyba poczekam aż w końcu trafią do mojego kochanego miasta lub wyjdą na DVD – bilety do multikina do droga impreza, a mnie już nawet nie przysługuje zniżka dla studentów :D.
Zauważcie też, że w końcu zmieniłem tą przedawnioną ankietę!
Lubię obejrzeć dobry (a w uzasadnionych przypadkach także kiepski) film. Z chodzeniem do kina bywa u mnie jednak bardzo różnie. Kino w moim mieście niestety nie rozpieszcza widzów i nie oferuje zbyt urozmaiconego repertuaru, a na wycieczkę do najbliższego multikina często nie mam siły, czasu czy ochoty (z resztą, chyba już o tym kiedyś wspominałem). Stanie w korkach i jazda zatłoczonym autobusem nie nastraja do takich wypraw pozytywnie. Dochodzi do tego mój specyficzny stosunek do filmowych nowości – zdarza mi się ignorować pewne premiery. Zamiast tego wolę zasiąść na kanapie przed telewizorem i przeszukać wypożyczalnie lub domową filmotekę pod kątem nieco starszych filmów. Poniżej kilka perełek jakie wynalazłem w ostatnim czasie.
Szybka notka poprzedzająca mój krótki, weekendowy wypad, podczas którego będę się cieszył ostatnimi dniami lata ^^. Przeglądając youtube wpadłem na zwiastun nowej superprodukcji, która już wkrótce zagości na ekranach kin. Mowa tu o kolejnej części filmowej sagi Zmierzch będącej adaptacją jakże popularnej i jakże słabo napisanej serii książek. No cóż… Zmierzch już jakiś czas temu przestał mnie ekscytować i nie wylewam nań wiader jadu, a wszelkie dyskusje na temat nowego popkulturowego wizerunku wampira także już ucichły. Swego czasu popełniłem z resztą recenzje dwóch pierwszych książek w serii, ale było to dość dawno, a na recenzowanie dalszego ciągu perypetii Belli i Edwarda zabrakło mi entuzjazmu. No, ale miało być o znalezionym w sieci trailerze, który zamieszczam poniżej.
Rzuciło mi się w oczy, że ostatni rozdział sagi ma zostać zekranizowany w dwóch częściach, podobnie jak niedawno uczyniono to z przygodami Harry’ego Pottera. W przypadku młodego czarodzieja zabieg ten wypadł dość średnio (nie wątpię jednak, że na konto twórców wpłynęła dzięki temu odpowiednia kwota) i mam poważne wątpliwości co do losów Zmierzchu. Wiem, że w Przed Świtem jest trochę akcji… Najpierw cały wątek ślubu i miesiąca miodowego, potem ta cała afera z dzieckiem i rozłamem wśród wilkołaków, a w końcu pierwsze dni Belli jako nieśmiertelnej i wizyta Volturi (na bazie trailera zgaduję jednak, że to ostanie czeka nas dopiero w części drugiej). Niby trochę materiału jest… nie wiem jednak czy obejdzie się bez zbytniego przeciągania, dramatyzowania (jak miało to miejsce w książce) i czy filmy nie będą się po prostu wlokły jak Harry Potter i Insygnia Śmierci: część pierwsza. Nie żeby mi jakoś specjalnie zależało… do nadrobienia mam jeszcze filmy numer 2 i 3 (a i do tego mi się nie śpieszy). Swoją drogą to ciekawe czy ekranizowanie wszystkiego w częściach nie stanie się nową modą w świecie wielkiego kina i wielkich pieniędzy.
Zgodzicie się chyba, że filmowe adaptacje amerykańskich komiksów o superbohaterach są dość udane. Miło wspominam wszystkich X-menów i Spider-mana (choć 3 część była nieco słabsza), a Iron Man był przecież prawdziwym hitem (duża w tym z resztą zasługa Roberta Downey’a Juniora). Wpadkę przy Fantastycznej Czwórce trzeba niestety wybaczyć :D. Wybrawszy się ostatnio do kina na najnowszą odsłonę przygód Harry’ego Potter’a miałem okazje podziwiać plakaty i trailery do nadchodzących filmów o superherosach. Mówię tu o Zielonej Latarni i Kapitanie Ameryka. Obaj bohaterowie są moim zdaniem nieco mniej udani od swoich kolegów po fachu; Kapitan traci na fikuśnym stroju, zaś Zielona Latarnia przegrywa w kategorii “za całokształt” :D. Niemniej oba filmy mają świetne trailery i zapowiadają się nieźle.
Przypomina mi to, że do nadrobienia mam niedawnego Thora… Z kolei na oficjalnym kanale Marvela na youtube odkryłem wszystkie odcinki serialu X-men Ewolucja… aż chciałbym się wrócić do czasów liceum :D.
No cóż, zostawiam was z dwoma trailerami. Jutro rano ruszam na BalCon zaś po moim powrocie możecie się spodziewać krótkiej relacji oraz notki dotyczącej wspomnianego filmu o młodym czarodzieju. Trzymajcie się i do zobaczenia (mam nadzieję :D) na konwencie!
Jakoś nigdy nie wkręciłem się w oglądanie żadnego popularnego serialu. Począwszy od Zagubionych przez Chirurgów i nowsze wynalazki w stylu Dextera, Dr House’a i inne Teorie Wielkiego Podrywu (choć to ostatnie uważam za zabawne). Kiedy znajomi pochłaniali kolejne sezony tych super fajnych dzieł i prowadzili zażarte dyskusje ja tylko grzecznie potakiwałem :D. Nie ma żadnych racjonalnych powodów, dla których miałbym mieć jakiś wstręt do seriali – wprost przeciwnie – skoro są tak popularne to na pewno mają świetny scenariusz i są dobrze zagrane, po prostu nigdy żaden mnie nie wciągnął. Seriale SF to już zupełnie inna sprawa – nie chcę się wkręcać w coś co ma 20 sezonów :D.
Moje nastawienie zaczęło się zmieniać za sprawą ekranizacji cyklu Miecz Prawdy Goodkina. Jednak po obejrzeniu pięciu odcinków serialu stwierdziłem, że: “fajne to to, ale od dłuższego czasu planuję zabrać się za książkę więc nie będę sobie spoilerował”. Sytuacja wygląda podobnie w przypadku popularnej obecnie Gry o Tron na bazie dzieł Martina – nie ruszę serialu (choć bardzo mnie kusi) dopóki nie przeczytam książki. Wyszperałem za to w odmętach internetu informację, że w Stanach przymierzają się do stworzenia serialu na bazie Amerykańskich Bogów Gainmana. Jest to ciekawy zbieg okoliczności bo niedawno zabrałem się właśnie za książkę i jak na razie jestem pod sporym wrażeniem. Autor ten ma jak na razie szczęście do ekranizacji (przypomnę Gwiezdny Pył i cudowną Koralinę), a ponoć zaproszono go do współpracy przy scenariuszu odcinka pilotażowego. Jeśli mogę oceniać po 200 stronach to książka może mieć niezły serialowy potencjał…
Na koniec podzielę się swoją małą refleksją. Nie da się przeoczyć faktu, że od jakiegoś czasu fantastyka coraz śmielej wchodzi sobie w masową kulturę; nie jest już zarezerwowana tylko dla “wtajemniczonych”. Nie mówię już nawet o Władcy Pierścieni i Gwiezdnych Wojnach, wymieniłem przed chwilą filmy na bazie prozy Gainmana, ale można też wspomnieć sukces gry komputerowej Wiedźmin, ekranizacje komiksów Marvela, które cieszą się sporą popularnością, a nawet zalew młodzieżowej literatury o wampirach, wilkołakach i czarach. Może “bycie miłośnikiem fantastyki” trochę traci na elitarności, ale to chyba fajnie pogadać sobie o swoim hobby z coraz większą ilością znajomych :D. Swoją drogą to przypomniała mi się dyskusja na ten temat przy okazji pogadanki o współczesnym odczytywaniu literatury gotyckiej z tegorocznego Grojkonu… poniekąd cieszę się, że zostałem wtedy w sali zamiast wynieść się na spotkanie z Jackiem Komudą :D
PS: Tak, wiem, że od wieków nie zmieniałem ankiety w panelu bocznym…
PS 2: Dalej walczę o to by “bronić magistra” w lipcu ^^
Pamiętacie pewien kultowy film z lat 60′, w którym to astronauta grany przez Charltona Hestona trafia na tajemniczą planetę, na której to małpy są gatunkiem dominującym, a ludzie pełnią funkcję taniej siły roboczej i są traktowani jak zwierzęta? Mówię tu oczywiście o Planecie Małp. Przyznam, że mam pewien sentyment do tego filmu pomimo faktu, że już dawno się zestarzał, wydaje się kiczowaty, a puenty w jego stylu już dawno wyszły z mody. Obejrzałem także wszystkie kolejne części serii (nie licząc słabiutkiego serialu z lat osiemdziesiątych) choć każda kolejne była coraz gorsza :(. W 2001 roku wybrałem się nawet do kina na swoisty remake filmu w reżyserii Tima Burtona. Uważam jednak, że w nowej wersji historia zatraciła swój klimat i swoistego “kopa”, którego dawała ostatnia scena (Taylor pod ruinami statuy wolności). Film zamiast stać się duchowym następcą pierwowzoru trafił raczej na półkę z historiami “od zera do bohatera”, gdzie najważniejsza jest akcja i efekty specjalne. Z drugiej jednak strony nie ma co porównywać filmów sprzed 30, 40 lat z produkcjami XXI wieku; zmieniły się trendy, techniki, gusta publiczności. Teraz widz pewnie nie chce oglądać filmu, który niesie ze sobą pesymistyczną wizję… Nie zmienia to jednak faktu, że Planeta Małp pozostanie klasyką kina SF.
Pomimo wielu lat na karku historia ta ciągle inspiruje; dowiedziałem się przypadkiem, że w sierpniu ma mieć premierę Geneza Planety Małp, która ma przedstawiać alternatywną wersję wydarzeń związanych z powstaniem małp przeciwko ludziom. Tym razem za wszystko będzie odpowiadać nie udomowienie małp jako zwierząt domowych i przyuczanie ich do prostych prac, a inżynieria genetyczna, eksperymenty na zwierzętach i inne kontrowersyjne rzeczy. Przyznam, że ta nieco sentymentalna struna w mojej duszy drgnęła i skłania mnie do rzucenia okiem na nową odsłonę kultowej serii… z drugiej jednak strony ta racjonalniejsza część duszy obawia się, że dozna rozczarowania…
EDIT: Zorientowałem się, że w notkę wkradł się okropny błąd :D. Stwierdziłem, że główną rolę w Planecie Małp zagrał Richard Chamberlain, a wszyscy wiedzą (:D), że był to Charlton Heston. Wszystko jest już jednak poprawione :D.
Bywa tak, że film jest z góry skazany na “objechanie” przez krytyków i znawców kina. Często dzieje się tak z filmami z założenia innymi, eksperymentalnymi czy też wkraczających na obszar artystycznego kiczu. Warto jednak zauważyć, że czasami kicz jest nazywany odważną i oryginalną wizją, a czasem jest mieszany z błotem. Wiadomo wszak, że nie każdy może sobie pozwolić na takie fanaberie i tylko niektórzy reżyserzy mają do tego prawo. Kiedy Tarantino nakręcił film Kill Bill miał już opinię kultowego reżysera i jego film był skazany na sukces. Niestety Zack Snyder znany z takich tytułów (swoją drogą też objechanych przez krytyków) jak 300 czy Watchmen jeszcze nie zapracował sobie na taką reputację i jego najnowsze dzieło – Sucker Punch niewątpliwie będzie w centrum zainteresowania na najbliższej uroczystości przyznawania Złotych Malin, a już teraz zebrał przeważnie negatywnie recenzje.
No i zrobiłem sobie przerwę od bloga na prawie dwa tygodnie. Nie myślcie sobie jednak, że przez tam czas się obijałem – co to to nie; byłem po prostu zajęty odpoczywaniem po (jakże ciężkiej) sesji, na którą składały się aż dwa egzaminy :D. Z resztą, nie ma się o co martwić, takie krótkie przerwy od bloga zdarzały mi się już i nie są powodem do paniki. Zaręczam, że zerkałem tu regularnie i czytałem notki na innych blogach :D. Na emigrację z krainy blogów jak na razie nie mam zamiaru i zapewniam, że jeszcze przez jakiś czas będziecie musieli mnie znosić.
Tak poza tym, powyższy akapit nie ma większego sensu i proszę nie wyciągać na jego podstawie pochopnych wniosków. Po prostu czułem potrzebę napisania czegoś w tym stylu :D. Kiedy już wyrzuciłem to z siebie mogę przejść do właściwego tematu dzisiejszej notki. Nie jest wielką tajemnicą fakt, że sporo czytam (czasem ubolewam, że za czytanie książek nie dają medali). Przyznam, że w ręce wpada mi głównie literatura fantasy, ale lubię czasem dla odmiany sięgnąć po coś innego. Ostatnio zabrałem się za kupione swego czasu okazyjnie Wyznania Gejszy.
W filmie zagrali wspaniali aktorzy; warto jednak wspomnieć, że rolę młodej japonki zagrała aktorka pochodząca z Chin.
Przyznam, że nie wybieram się do kina zbyt często. Może to kwestia tego, że kino w moim rodzinnym mieście ma niezbyt urozmaicony repertuar, większość nowości gości w nim ze sporym opóźnieniem, a niektóre nie goszczą wcale. Wycieczka do najbliższego multikina jest często nie warta zachodu i naprawdę mało filmów jest w stanie mnie do tego skłonić (ostatnim był Harry Potter i Insygnia Śmierci). Poza tym, powiedzmy sobie wprost: w ostatnim czasie było naprawdę mało filmów, które koniecznie trzeba było obejrzeć w kinie – ja na przykład nie mam problemów z czekaniem aż film ukaże się na DVD (a wypożyczalnia jest znacznie bliżej niż multikino). Niemniej, zadowolony jestem bardzo z ostatniego wypadu na Maczetę :D. Ten film jest genialny w swojej przemyślanej kiczowatości i mógłbym się nim zachwycać jeszcze długo. Dziś jednak chciałbym wspomnieć o trzech filmach, które mogą mnie w najbliższym czasie skłonić do odbycia wielkiej wyprawy do multikina (albo niecierpliwego czekania aż trafią do “mojego” kina).